Zaraza czyli jak powstały Małe Grozy

1
134

Z wielkim wzruszeniem przedstawiam opowiadanie “Jak powstały Małe Grozy” w wersji dźwiękowej i tradycyjnej.

Wspaniała chwila gdy tekst “nabiera ciała” w ustach świetnego aktora Macieja Mydlaka.

W ogarnięciu całości pomagał mi  Ryszard Szmit, a swoich obrazów użyczyła Joanna Golon.

Przewodni motyw muzyczny jest akurat mój :).

Wystarczy kliknąć w poniższy “trójkącik” i poznać historię wsi Dużych i Małych Gróz. Dla zwolenników tradycyjnego czytelnictwa, tekst w całości.

To musiało się stać przez ludzką pazerność. Na drodze do wsi Duże Grozy zdechł chory lis. Komuś przyszło do głowy wygarbować i sprzedać z niego skórę. W ten sposób przywleczono do nas zarazę.

Żyliśmy zwyczajnie, po ludzku. Tak jak niebo było nad nami i udeptana ziemia poniżej, tak byli bogaci i biedni, piękni i brzydcy, szczęśliwi i nieszczęśliwi. Każdy trzymał się przy swoim. Jedni ogradzali się od ludzi pieniędzmi inni smrodem klepiska.

Miejscowi wydzierali ziemię rzece. Woda była duża, trzeba było budować tamy i wały. Na nowych gruntach powstawały domy i żyzne pola.

Na początku zaraza szanowała podział na biednych i bogatych. Biedacy pierwsi zaczęli wyrzygiwać własne wnętrzności. Nie stosowali lekarstw, zakopywali tylko zęby i palili włosy. Stare receptury nie przynosiły ulgi, bo umarli wszyscy.

Reszta wioski zabarykadowała się we własnych obejściach i chałupach. To nie spodobało się zarazie. Pieniądze to nie lekarstwo, nie można tak traktować śmierci.

Byli tacy co szukali nadziei w Bogu. Niestety ksiądz zostawił nas jako jeden z pierwszych. Zaraził się przy ostatnim namaszczeniu.zaraza

Ludzie umierali gdzie bądź. Na drogach leżały wychudzone trupy, w ich dłoniach lśniły złote monety. W domach przy stołach ginęły całe rodziny, zaskoczone podczas ostatniej wieczerzy. W ciemnych piwnicach szkielety kuliły się ze strachu.

Ja wybrałem śmierć. Chciałem zdążyć przed zarazą, sam decydować. W piwniczce księdza znalazłem zapas wina. Zniosłem z góry pięknie rzeźbione krzesło, garść świec i zacząłem pić.

Wiele razy traciłem przytomność z nadzieją, że już się nie obudzę. Ale wracałem. Piłem dalej nie wiedząc czy jest dzień czy noc.

Słyszałem krzyki na górze, przez szpary w podłodze sączyła się spalenizna. Kiedy zapanowała cisza, a moje ciało nie potrafiło już przyjąć ani kropli, postanowiłem, że umrę jak inni.

To już nie były Duże Grozy. To szalony malarz namalował piekło i rozpostarł płótno przybijając je gwoździami do ramy nieba i ziemi. Wszędzie leżeli ludzie. Martwi i półmartwi, machający rękami, wyjękując niezrozumiałe słowa. Złorzecząc.

Chałupy były spalone lub właśnie dogasały. Czarny dym, prowadzony wiatrem zaglądał trupom w oczy i pukał do jeszcze nieotwartych drzwi.

Płonął dach kościoła, w ciemności żarząc się na czerwono. Ostrzegał podróżujących by nie zbliżali się do wioski.

Zaraza kpiła ze mnie, choć wdychałem śmierć, dotykałem śmierć i spałem z nią. Ręce umierających łapały mnie za nogi. Wyrywałem się nie czując współczucia.

Widziałem w oknach złoto na stole z ludzką głową pośrodku. Martwe kobiety z perłami na szyi. Chałup biedoty już nie było. Spalono je na wszelki wypadek.

Co mam jeszcze powiedzieć? Że widziałem matki, które wyrzucały za drzwi chore dzieci? Brata, który podrzynał gardło bratu, gdy ten zbyt długo kaszlał? Nie widziałem. Nie po to Bóg dał nam oczy by widzieć takie rzeczy.

zaraza

Za zarazą przyszedł głód. Żyjący zbierali się na środku wioski przynosząc ze sobą zwierzęta. Nabijano je na rożen nad wielkim paleniskiem. Gdy tam dotarłem zostały tylko konie. Powoli obracano je nad ogniem a czerwona poświata wykrzywiała ludzkie twarze.

Z jednego z domów płynęła muzyka. Od początku pogromu, członkowie rodziny nie przestawali grać na skrzypcach, bojąc się, że gdy nastanie cisza wszyscy zginą. Żałosny dźwięk instrumentu niósł się daleko, docierając aż nad wodę.

Nad samą rzeką było cicho, głębokie wiry z pluskiem podchodziły tu pod linię drzew. Niezmiennie od lat, atakowały ogromem swej masy piaszczysty brzeg. Dopiero dalej gdy nurt mijał wioskę, z zielonkawej toni wyłaniały się zesztywniałe ręce i twarze umarłych.

Nie pytajcie mnie o moją rodzinę. Odkąd przestałem być człowiekiem, nie potrafiłem sobie przypomnieć czy ją kiedyś miałem.

Musiałem coś ze sobą zrobić. Znalazłem dwukółkę, na którą mogłem ładować zwłoki. Ciała były bardzo lekkie. Zbierałem też pojedyncze ręce, nogi i czaszki. Sam ciągnąłem dyszel, bo nie było już zwierząt we wsi.

Ludzi w wiosce dzielono na dwie grupy. Na tych, którzy nie nadawali się już do pracy i czekali na swoją śmierć i tych, którzy mieli jeszcze siły.

Przyłączyła się do mnie Zofijka. Jej drobne ciało potrafiło wciąż dużo znieść. Tylko włosy, kiedyś kruczoczarne, były teraz całkiem siwe. Kierowaliśmy się na cmentarz za kościołem, tam gdzie zbierano wszystkich umarłych.

Gdy podnosiliśmy ciało z ziemi, trudno było uwierzyć, że to kiedyś był człowiek. Naciągnięta skóra pękała, gubiąc kończyny i wnętrzności. Obnażone zęby drwiły z naszych wysiłków. Zbieraliśmy ludzki chrust. Z dwukółki zwisały ręce i nogi, bujając się na nierównej drodze.

W końcu powstała budowla ze śmierci, większa od kościoła. Każdą kondygnację zbudowaliśmy z zadowolonych i skąpych, bogatych i głupich. Z cieszących się życiem i tych, którzy nie szanowali siebie. Z mądrych, którym mądrość nic nie przyniosła i religijnych z wciąż zaplecionymi w modlitwie dłońmi. Teraz byli tylko budulcem podtrzymującym stos. Palce były gwoździami, włosy dywanami. W oczodołach lęgły się ptaki.

Nie łatwo nam było podpalić ten kopiec. Okolicę wypełnił słodki, oblepiający wszystko dym.

Została nam jeszcze jedna rzecz do zrobienia. Opuszczeni przez Boga i ludzi musieliśmy sami się pogrzebać.

Wbiliśmy siekiery w tamę. Pierwsze strużki wody łapczywie ruszyły w dół. Gdy powiększały się pęknięcia, strumienie nabierały prędkości i siły. Pędziły na złamanie karku do wsi, aby zetrzeć z Ziemi ostatnie świadectwa istnienia Dużych Gróz.

Przeżyliśmy, niczego nie posiadając i niczego już nie pragnąc, nawet własnej duszy. Teraz mogliśmy zacząć od nowa. My z Zofijką wybraliśmy wzgórze nad brzegiem nowego jeziora. Z czasem postawili tu domy inni. Dało to początek wsi, którą na pamiątkę, nazwaliśmy Małe Grozy. Ale to już całkiem inna historia.

zaraza

Poznaj inne słuchowiska Dizamana.

1 KOMENTARZ

  1. Ciekawy eksperyment. Nie słucham zbyt wielu audiobooków, dlatego porównanie tych dwóch rodzajów przekazu jest dla mnie bardzo interesujące. Można zestawić własne wyobrażenia z dźwiękową wizją kogoś innego. Bardzo pozytywne. 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge