Wody rzeki

3
705

Wody rzeki zwalniały rozlewając się szeroko, aż pod korzenie sosen na przeciwległym brzegu. Owady ciesząc się pogodą, wyleciały tłumnie, zygzakami pikując w powietrzu. To wabiło ryby. Wielkie klenie żerowały do syta, w pośpiechu przed zimą. Spłoszył je jednak plusk. Z głębiny wynurzyły się dłonie. Potężne ramiona rozpychały wodę. Z długich, czarnych włosów kapały rozpalone w słońcu łzy. Strumienie pędziły w dół po wielkim torsie, znikając na porośniętym kroczu. Adam szedł zanurzony po biodra, a nurt próbował powstrzymać ruch jego ud. Napięte pośladki świeciły bladością. Ciało mężczyzny odbijało się w rozkochanych wodach rzeki.
Setki oczu przyglądały się kąpieli. Tylko ważki splecione w miłosnym uścisku, leciały dalej, przed siebie, na zatracenie. Karolina powstrzymywała oddech, byle tylko nie zdradzić swojej obecności. Nie wiedziała jeszcze czy naprawdę widzi człowieka, czy może natknęła się na jednego z duchów lasu. Jej ciało pozbawione powietrza, drżało, a policzki pokryły się czerwienią. W końcu westchnęła. Zbyt głośno. Adam odwrócił głowę, przyglądając się zielonej gęstwinie. Na szczęście hałas w trzcinach odwrócił jego uwagę. Usiadł na trawie, a krople ścigały się po jego skórze.
Klenie wróciły. Jeszcze nie ufnie, podpływały bliżej ku powierzchni, bijąc ogonami w wodę. Adam podniósł rękę.
Karolina zamarła. Wciąż nie potrafiła opanować lęku przed Tamtą stroną. Widziała jak ryby posłuszne woli Adama, płyną we wskazanym kierunku. A później zawracają w przeciwną stronę. Gdy pokazał niebo, ryby wyskoczyły z wody, chlapiąc na wszystkie strony.
– Możesz wyjść – powiedział łagodnie Adam. Karolina milczała. Była zła na siebie, że się zdradziła.
– Przeszkadza ci, że jestem nagi?
– Przeszkadza.
– Słyszysz jak ładnie śpiewają ptaki?
– Tak jak zawsze, wielkie mi co!
– A teraz? – Adam wskazał palcem las. Ptaki zamilkły.
– Nie rób tego. Proszę.
– To przyjdź tu.
– Nie chcę.
– Zobacz jakiego mam śpiewaka dla ciebie – Adam znów wykonał gest i w zaroślach rozległ się trel.
– Nie rób tego. Boję się.
– Czego się boisz? Mnie?
– Tak.
– Przyjdziesz?
– Nie chcę.
– To ja przyjdę do ciebie – Adam wstał, ręką zakrywając przyrodzenie.
– Nie! Proszę…
– Wolałbym Cię mieć koło siebie. Oni zaraz tu będą.
– Kto?
– Ci, którzy tu płyną.
– Dlaczego mnie straszysz? Na kogo czekasz?
– Zaraz zobaczysz – Adam rozstawił szeroko ręce, jakby go powiesili na krzyżu. Odwrócił się plecami do wody i runął do rzeki. Pociemniało. Karolinie wydawało się, że w kilka sekund przemija dzień, noc i kolejny dzień. W końcu słońce zawisło na niebie, wypełniając świat pomarańczowym światłem. Zza zakrętu pojawiła się pierwsza łódź. Na jej dziobie zobaczyła starszego, wąsatego mężczyznę, wiosłem odpychającego się od powierzchni wody. Za nim siedziały kobiety. Karolina rozpoznała w nim swojego pradziadka, który umarł, kiedy była jeszcze mała.
– To pewnie moja prababcia – pomyślała na widok kobiety siedzącej za mężczyzną – i jej siostry.
W kolejnych łodziach siedzieli dawni mieszkańcy wioski, z żonami i dziećmi. W zastygłej ciszy nie miał odwagi odezwać się żaden ptak. Słychać było tylko plusk wioseł.
Karolina pomachała dłonią.
– Pozdrawiam cię dziadku! – krzyknęła – dobrze cię widzieć kochana babciu! Jedna z kobiet odwróciła głowę w stronę zielonej gęstwiny. W jej oczach odbijała się rzeka.
Z wody, u stóp Karoliny wynurzyła się piękna głowa Adama.
– Nie zaczepiaj umarłych kobieto – powiedział z uśmiechem – nie przypominaj im jak dobrze było żyć.
– Dlaczego? ja ich tylko pozdrawiam.
– Oni już o nas zapomnieli. I tak musi być. Nie zawracaj ich – woda ściekała po włosach Adama. Wokół jego głowy krążyły klenie – bo jeszcze zechcą tu pozostać. A oni już przeżyli swoje życie.
– Kim jesteś? – zapytała Karolina.
– Odprowadzam ludzi na miejsce.
– I kiedyś poprowadzisz moją łódź?
Adam uśmiechnął się.
– Ona już płynie.
Jedna z łodzi odłączyła się od reszty. Siedział w niej młody mężczyzna z fioletową pręgą na szyi. Łódź przybiła do stóp Karoliny.
– Wsiądziesz? – zapytał
– Dlaczego mnie o to prosisz?
– Nie musisz płynąć całą drogę. Przepłyńmy tylko kawałek, do następnego zakrętu.
– Nie mogę tego zrobić. Boję się ciebie.
– Ja już nigdy nie będę mógł niczego pragnąć. Tylko ten jeden raz, proszę.
Zrobiła krok w kierunku łodzi, ale jej stopa ześliznęła się z burty. Wpadła do wody. Gdy się wynurzyła, łodzie zniknęły. Cienka materia sukienki oblepiała jest ciało, podkreślając każdą krągłość i uwypuklenie. Strużki wody wnikały głęboko. Tam gdzie mogą sięgnąć tylko żywi.

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge