Szczudłowaty

1
480

Pierwsze krople deszczu uderzyły w rozgrzany piasek uwalniając zapach lasu. Ziemia przyjmowała wodę jak pieszczotę, przeciągając się i mrucząc pod palcami kochanka. Korony drzew szeptały już sobie dobre wieści o nadchodzącym deszczu.

Ciemne i ciężkie chmury nadpłynęły nad Warmię. Ludzie z niechęcią patrzyli w niebo, niejeden też spluną pod nogi, mieląc w ustach przekleństwo. Znów miała zapanować ciemność i wilgoć, a przecież w deszczu kryły się demony.

W Małych Grozach, warmińskiej wiosce położonej na skraju starego lasu, od lat ginęły dzieci. Wszystkie przypadki łączy tylko okrągłe ślady pozostawione na ziemi pod oknem, jakby ktoś stał na drewnianych szczudłach.

Kobiety we wsi, którym wrażliwe serca pozwalały dostrzec to, co ukryte, wiedziały, co się stało. Dzieci porwał Szczudłowaty.

Las szumiał swoją melodią. Nasycał się wodą, która dawała mu życie i moc. Jego mieszkańcy niespiesznie budzili się ze snu, zwabione zapachem ludzkiego strachu. Podróżowali na granicę drzew, wtopieni w zieloność liści i traw. Czekali.

Odgłos nawoływań i trzask zamykanych okien i drzwi, wypełnił okolicę. W domach zapalano świeczki i modlono się żarliwie. Deszcz przybierał na sile.

W końcu postanowiono zwrócić się o pomoc. Poprosić las o to, co odebrał. Najstarsze kobiety we wsi wiedziały jak:

„Trzeba znaleźć kawałek mchu, który jak dywan pokrywa ziemię. Na nim połóż czaszkę domowego zwierzęcia. Pod nią ukryj kawałek chleba. Tak przywołasz Szczudłowatego.”

– Szczudłowaty, oddasz dziecko Zarembów? – zapytał Karol Macięga, którego wieś wyznaczyła na spotkanie z porywaczem.

Ten nie odpowiedział. Usta już dawno zarosły mu korą, mógł tylko machać rękami na zgodę i niezgodę. Gniewnie zamachnął się ramieniem.

– Przecież kiedyś byłeś człowiekiem. Pamiętasz jeszcze?

Szczudłowaty rozchwiał się w gestach na wszystkie strony lasu.

– Wiem. Od kiedy cię pamiętam, wiem, że cierpisz. Ile to już lat? Może czas wybaczyć ludziom?

Szczudłowaty przymknął powieki. Piękny kiedyś błękit jego źrenic wyblakł zupełnie. Wymierzył w Macięgę dłoń, która przypominała dębową gałąź.

– Dobra, dobra, już ty mi nie groź. Oddasz dziecko czy nie? Jeszcze ludzie las spalą. A tego byśmy nie chcieli… Nie lubię zabijać ludzi.

Ręce-gałęzie uniosły się w górę.

– Tak, wiem. Ty to co innego. Zabrałeś już czwarte dziecko. Za dużo. Oddaj to ostatnie. I więcej nie przyjdę.

Szczudłowaty zaczął się drapać. Był to  nawyk, któremu oddawał się z pasją. Aż do krwi i kości.

– Szkoda tych dzieciaków – kusił Macięga – nie musisz wszystkich na siłę zamieniać w potwory. Ludzie sami cię wyręczą. Wystarczy poczekać.

Ruszyli przez las. Ziemia usuwała się spod drewnianych szczudeł tak szybko, że Karol ledwo nadążał.

Dziecko jeszcze żyło. Oddychało spokojnie w głębokim śnie po zażyciu trucizny, która powoli wypierała z niego człowieka. Macięga cierpliwie przecinał pnącza dzikiego bluszczu, który plątały ciało do gałęzi.

– Jestem twoim dłużnikiem, Szczudłowaty – powiedział – przyniosę ci coś ze wsi, chcesz?

Szczudłowaty odmówił.

– A jak bym przyprowadził ci kobietę? – zapytał Karol. Nie usłyszał odpowiedzi. Gdy odwrócił głowę, nikogo już tam nie było.

Deszcz ustał. Gdy na skraju lasu znaleziono nieprzytomne dziecko, wieś odzyskała spokój. Tylko niektórzy odwracali wzrok na widok tych matek, którym las nic nie oddał.

Dziecko rosło zdrowo i wyrósł z niego silny mężczyzna. Jednak już na osiemnaste urodziny zabił pierwszy raz. Widocznie za długo wisiał na gałęzi Szczudłowatego. Potem inni ginęli z jego ręki. Aż znów trzeba było prosić las o pomoc.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge