Warmia: Kuba Sapiecha

1
166

Kuba Sapiecha

Suka Anastazja warczała na nieznajomego. Czarna sierść sterczała teraz na karku jakby była zrobiona z drutu. Ogon pląsał po ziemi, niezależny od reszty ciała. Jej pan Karol Macięga dusił człowieka, powalonego wcześniej jednym uderzeniem.

– Nawet nie wiesz, ile czekałem na tę chwilę – przez zęby wycedził Macięga. Z ust duszonego wydobywało się tylko charczenie i bulgot. Oczy wychodziły mu z orbit. Zbliżająca się zagłada wypełniła je smutkiem. Macięga rozluźnił uścisk.

– Gnoju ty, jeszcze nie wiem jak cię zabiję! – krzyknął Karol, puszczając prawie bezwładne ciało. Mężczyzna spazmatycznie zaczerpnął powietrze.

– Nazywam się Kuba Sapiecha. Mieszkam we wsi Trzonki. Tu niedaleko – machnął bezładnie ręką – urodziłem się szóstego czerwca…

– Zamknij się! Dobrze to wiem – przerwał mu Karol – po co mi to mówisz?

– Ojciec Antoni, matka Katarzyna, mam siostrę… – uderzenie w twarz odebrało Sapiesze mowę. Znów nie mógł zaczerpnąć tchu. W rękach Karola błysnął metal.

– Zrób to – wyszeptał Kuba z ustami pełnej ziemi i igieł. Karol przystawił mu czubek noża do oka.

– Wiesz dlaczego to robię? – zapytał.

– Siedem lat temu, na drodze powiatowej do Lidzbarka, potrąciłem kobietę. Nie udzieliłem jej pomocy a sam rozbiłem się dwa kilometry dalej, omijając stado saren.

– I co!? – wrzasnął Macięga.

– Właśnie wróciłem z więzienia. Chciałem zobaczyć matkę.

– I co!?

Karol uderzył z całej siły. Z rozbitej twarzy mężczyzny chlusnęła krew. Uderzył jeszcze raz. Gwałtownie powstał w poszukiwaniu czegoś, co mogło mu zastąpić pięści.

Młody dąb nie poddawał się łatwo. Wyrwanie go z ziemi zajęło Maciędze dużo czasu i zmęczyło kompletnie. W końcu drzewko leżało u jego stop. Umierało po cichu jak to roślina. Nożem poodcinał mniejsze gałęzie. Przymierzył czy drąg dobrze leży w dłoni. Wokół jego stóp leżały zielone liście, które jeszcze przed chwilą spijały deszcz i karmiły się słońcem. Karol mimowolnie podniósł je do nosa. Poczuł znajomy zapach warmińskiego lasu, zapach jego domu i jego samego. Spojrzał na krwawiącego mężczyznę. Rozstawił szeroko nogi by wziąć jak największy zamach.

Karol Macięga wracał do domu przez las. Za sobą, po ziemi, ciągnął ciało Kuby Sapiechy. Każda szyszka, źdźbło trawy i ziarenko piasku na drodze pieściły krwawiącego mężczyznę wnikając mu pod koszulę i spodnie.

Anastazja chodziła niespokojnie wkoło stodoły. Czuła zapach obcego. Słyszała też głos swojego pana. Nie podobało się jej, że zamknęli przed nią drzwi i że tak długo tam siedzą.

– Zostaniesz tu – powiedział Karol – jak wydobrzejesz, będziesz u mnie pracował. Dostaniesz pokój i zapłatę.

– Przecież ja kuleję! – odpowiedział nie rozumiejąc Kuba.

– Znajdę ci robotę, nie martw się.

– Ale… dlaczego? Ja nawet nie..

– Proszę nie pierdol!, proszę cię, przestań pierdolić! – Macięga podniósł pięść, ale po chwili ją opuścił – zrobimy jak mówię.

Kuba nic już nie powiedział. Resztki zębów boleśnie kłuły go w policzki. Błagalnie podniósł dłonie.

– Błagam cię, pozwól mi powiedzieć – Macięga nie chciał słuchać – wtedy byłem tak pijany, że nawet nie pamiętam, że jechałem samochodem. Nie lubię alkoholu, ale to były chrzciny mojej córy. Ocknąłem się dopiero w szpitalu. Wtedy mi powiedzieli, co się stało. Jakbym to nie był ja. Ktoś za mnie zdecydował, że zostanę mordercą. Ja nawet nie mam samochodu!

– Gówno mnie to obchodzi – odparł Karol – idę.

– Ta kobieta… Kim ona była dla ciebie?

– Moją żoną. Skąd wiesz, że omijałeś stado saren?

– Co?

– Skąd wiesz, że tam były sarny?

– Bo wciąż stały przy samochodzie, gdy nadjechała pomoc.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge