Śpiew syreny

2
229

Piątego dnia po katastrofie, Mortimer Fink i reszta załogi w szalupie natknęli się na Syrenę. Brakowało już wody do picia i ludzie skakali sobie do gardeł.

Mortimer dokładnie widział jak Syrena, wyskakuje z wody i odrywa głowę jednemu z marynarzy. Działo się to tak szybko, że bezgłowe ciało nie zmieniło nawet pozycji na ławce.

Po chwili znów ją zobaczyli. Płynąc na plecach obgryzała głowę jakby jadła jabłko. Wyzywająco spoglądała na oniemiałych ludzi.

Każdej nocy któryś z marynarzy tracił życie, a jego truchło wraz z pierwszymi promieniami słońca, wrzucano do oceanu. Po tygodniu na pokładzie został tylko Fink i nieprzytomny Szwed Soneberg. Z jakiegoś powodu postanowiono zostawić ich przy życiu.

Syrena krążyła wokół łodzi. Codziennie na pokładzie lądowały ryby i ośmiornice. Z premedytacją obnażała swoje krągłe piersi, których kształt na długo zostawał pod powiekami Finka.

Wiedział też, że w nocy szalupa pchana była w jakimś kierunku.

W końcu dotarli do celu. Był to ledwie wystający ponad fale, kawałek płaskiej skały. Kamienna wysepka miała niezwykły czerwony kolor, który pochodził od regularnie rozlewanej tu krwi. Fink z Sonnebergiem opuścili łódkę. Ze Szwedem nie było zbyt dobrze.

W nocy Mortimer poczuł, że się dusi. Gdy otworzył oczy, zobaczył nad sobą twarz Syreny, która jedną dłonią trzymała go za gardło, a drugą zdejmowała mu spodnie. Nie miał siły protestować, wszystko stawało się samo i bardzo przypominało kontakt z kobietą. Różnił się tylko zapach i strach przed ustami, pełnych ostro zakończonych zębów.

Syrena odwiedzała go co noc. Nie miał pewności, czy spotykał się z tylko z nią. Przyszła mu do głowy myśl, że jeśli przestanie być potrzebny, skała znów zabarwi się na czerwono.

Sonneberg powoli dochodził do siebie, ale Syrena się nim nie interesowała. Gdy zaczęło zbierać się na sztorm, Fink poczuł, że może uciec. Szwed odmówił.

– Jestem kastratem – powiedział – nie mogę się im do niczego przydać.

– To dlaczego żyjesz? – zapytał Fink.

– Myślisz, że jestem tu pierwszy raz? – zapytał Sonneberg patrząc na fale.

Wiatr wzbierał na sile. Każdy znikający promień słońca wywoływał gwałtowny podmuch wiatru.

– Płyń ze mną. One cię zjedzą! – już z szalupy zawołał Fink. Sonneberg pokręcił głową. Podszedł na krawędź kamiennej wyspy. Mortimer Fink długo jeszcze słyszał jak śpiewa.

Dopóki nie zagłuszył go ryk oszalałych fal.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge