Piec Magdaleny

0
192

Ryby odlatywały stadami, każdy gatunek oddzielnie. Te małe pryskały srebrem, gromadnie podrywając się spod powierzchni jeziora. Gubiły krople wody w których rozszczepiało się światło.

Większe sztuki szczupaków i okoni potrzebowały rozbiegu, by wznieść się w powietrze. Wojtaszek szczególnie lubił patrzeć na lecące sumy, które majestatycznie wyginały żółte od spodu cielska, bez strachu przelatując nad dachami domów we wsi Małe Grozy.

Każda płetwa bijąc w powietrze wydawała dźwięk, który w milionach powtórzeń przypominał szum przesypujących się drobin piasku.

– Matka! – krzyczał wtedy Wojtaszek w stronę domu – rozpalaj piec, idzie zima!

Ryby uciekały przed mrozem, który w tej części świata był bezlitosny. Mroził powietrze na galaretę, więżąc w sobie wszystko co żyło.

Co było w jeziorach i rzekach, wyczulone instynktem, wyruszało na południe. Ludzie trzymając w rękach długie kije zakończone siatką, stając na palcach lub podskakując, próbowali podebrać przelatujące stada. Trzepocące się zielone leszcze spadały łowcom na głowy.

To był ostatni widok jesieni na Warmii – chłopi biegający po polu, zapatrzeni hipnotycznie w niebo.

Ludzie musieli pozostać. Każdy bronił się przed mrozem jak potrafił. Niewielu miało szopę wypełnioną pachnącymi szczapami. Większość dopiero teraz zaczynała się zastanawiać czym zapchać piec przez zimę. Na szczęście wszystko nadawało się do palenia.

Wielu odwiedzało opustoszałą chałupę Macięgów. Wśród gniazd kruków, stała tam sporych rozmiarów biblioteczka wypełniona po sufit książkami. Jak się komuś chciało zajrzeć między stare okładki to można było ujrzeć tajemnicze, kanciaste litery. Nadawało się to wszystko tylko do pieca, bo nic z tego nie można było zrozumieć.

Każda książka dawała za to ciepło.

Najpierw zajmowała się okładka. Drewniane były najlepsze, bo grzały dłużej i mocniej. Spod spalenizny wyglądały zapisane strony. Z gorąca zwijały się w rulony, popiskując przy tym z żalu, że nie będzie ich już więcej pieścić oko człowieka.

Pewnie tu dobro zawsze wygrywało ze złem, a miłość musiała być spełniona. Historie, które kiedyś nie pozwalały zasnąć, trawił ogień.

Dobrze się paliło książki w obcym języku. Nie było wyrzutów sumienia, że do pieca wrzucało się Słowo Boże. Nikt we wsi nie znał kanciastych liter. A więc może o Bogu w nich nic nie było.

Każda książka dawała inny dym.

Z tych o miłości szedł tylko biały, delikatny kłąb. Groza kopciła się na czarno, gryząc w oczy. Nikt nie wiedział jak się pali Słowo Boże, ale to pewnie było wtedy jak się ogień mienił na zielono lub niebiesko.

W piecach huczało do końca zimy. Na mroźnym galaretowatym powietrzu, dym zastygał tuż nad kominem na kształt aniołów z szeroko rozpostartymi skrzydłami.

Z daleka było widać, jakie ogień w piecu książki czyta. I jaki anioł nad domem czuwa.

Każda chałupa we wsi miała swoje przykazanie. Biały anioł zmuszał ludzi do wstrzemięźliwości i ascezy. Czarny pozwalał za to folgować sobie na potęgę. Tylko zielony nie kazał nic. Ludzie sami musieli decydować jak chcą żyć.

Nikt nie chciał białego dymu nad chałupą. Co się ludzie namordowali, żeby los przechytrzyć. Przeprowadzali się do sąsiadów, siali wiatr by przegonić anioła. Nikt nie miał jednak odwagi sprzeciwić się znakom na niebie dopóki same się nie zmieniły.

A tej zimy Wojtaszek miał zamiar palić w piecu wdowy Magdaleny. Jednak nad jego chałupą dym wisiał na biało. Musiał więc wrócić do żony i jeść suchy chleb.

Kuba Sapiecha chciał się zapić na śmierć, ale wódka przestała mu smakować. Do wiosny śmierć mu na siebie czekać kazała.

Ci od czarnego dymu dupczyli się między sobą bez opamiętania i żalu.

Józwa położył się na podłodze i bimber rurką prosto sobie w gardło lał. Dzień w dzień i noc w noc. Aż jego łzy wypełniły się siarką.

Katarzyna czuła taki głód, że łakomie zaczęła spoglądać na swoje dzieci.

Mieszkańcy chałup z zielonym dymem żyli na swój sposób. Często siadali w oknach swych domów i patrzyli na sąsiadów tarzających się nago w śniegu.

Jakoś tak na przednówku zerwał się wiatr. Dymne anioły ruszyły na siebie z wściekłością, siłując się na niebie. Mieszały się chucie w wiosce na nowo, aż do następnych mrozów.

Jedni z odrazą patrzyli na siebie, wspominając swe uczynki. Innych ogarniała radość na myśl o tym, co ich czeka.

Tylko Wojtaszek kurwami rzucał. Z jego komina znów sączył się biały dym. A tak bardzo chciało mu się palić w piecu Magdaleny.

To już trzeci rok z rzędu. Ale teraz u Magdy dymiło się na czarno. Wokół jej chałupy zbierały się już głodne koty.

Mógł zrobić tylko jedno. Pożyczyć długi kij zakończony siatką i zaczaić się na nadlatujące książki, które pod jesień stadami zlatywały się do opuszczonej chałupy Karola Macięgi.

Lecące kartki na tle nieba przypominały ptasie skrzydła. W ich bieli odbijały się ostatnie promienie zachodzącego na kilka miesięcy słońca.

Opowiadanie zdobyło I nagrodę w konkursie literackim “Krajobrazy słowa”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge