Listopad

0
161

Listopad

Ciemność osiadała wilgocią na twarzy Martyny. Listopad poobdzierał liście z drzew, których gałęzie przypominały teraz dłonie kościotrupów. Groziły kobiecie kościstymi placami, wypominając jej winy.

Te, na których huśtał się diabeł, pukały w szyby okien aby wpuścić go do środka.

Martyna nie miała odwagi się przeżegnać, bo nie była pewna czy znów będzie mogła skorzystać z Bożej łaski.

Zdjęła z siebie ubranie by przejrzeć się w lutrze. Skrzydlate potwory za jej plecami kręciły koła w powietrzu. Nie warto było się jednak obracać bo zaraz znikały.

Dach budynku jęczał deptany kopytami i pazurami. Podświetlony deszcz na szybach okien tworzył na ścianach pokoju twarze ludzi krzyczących coś bezgłośnie.

Wiatr wzmagał się wypełniając pokój szeptami. W pourywanych słowach można było usłyszeć błagania. Zagubione dusze przeganiane od domu do domu szukały swojej szansy na zbawienie. Wystarczyło tylko spełnić ich prośbę.

Nagle od dawna zepsute zegary ścienne znów zaczęły odmierzać czas. W lustrze odbijała się twarz Martyny. Wiotczejąca skóra wokół oczu odsłaniała czerwoną obwiednię oka. Kości policzków przebijały cienką warstwę skóry, jakby była z papieru. Spod wyschniętych warg wystawały pożółkłe i powykrzywiane zęby.

Listopad na Warmii przynosi zimno. Przenika ono człowieka głęboko, jak rzeźnik wieszający czerwone serca na haku. Przepadniesz, jeśli w taką noc będziesz sam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge