Krowy świętego Macieji

1
126

W nocy gwiazdy były tak nisko, że trzeba było się pochylać, by nie zahaczyć o nie głową.

Piotr, pisarz z Warszawy, który na Warmii spędzał urlop i szukał natchnienia, wracał do swojej chaty. W jego żyłach krążył bimber tak siarczysty, że cała jego sylwetka płonęła w ciemności jak pochodnia.

Doszedł tam gdzie droga się rozwidlała i gdzie Diabeł lubił wychodzić ludziom naprzeciw. Dlatego od wieków stała tu kapliczka z figurką Matki Boskiej, której moc przepędzała Złego.

Za kapliczką na wprost rozpościerała się łąka, na której pasły się krowy. Zapach trawy i ziół na nowo odurzał Piotra, który ledwo już stał na nogach.

– Jezus Maria – krzyknął na widok postaci, która wyszła zza kapliczki.

– Nie bój, nie bój… My się przecież znamy. Macieja jestem. Masz pan papierosa? – cień zbliżył się do Piotra.

Ogień rozświetlił na chwilę rumianą, gęsto zarośniętą twarz Macieji.

– Rzeczywiście my się znamy – powiedział Piotr – pana nazywają święty Macieja.

– Jaki ja święty – zaśmiał się Macieja – świętych u nas we wsi nie ma.

Ciemne kontury mężczyzn wyraźnie odcinały się na tle rozgwieżdżonego nieba.

– Czujesz ten zapach? – Macieja zadarł głowę by móc wciągnąć jak najwięcej powietrza znad łąki – macierzanka kwitnie.

Piotr nie odpowiedział. Bimber mieszał mu granice łąki z ciemnością nieba. Nie widział czy stąpa po gwiazdach czy gwiazdy spadają mu na głowę. Znad lasu wyszedł księżyc. O tej porze na Warmii miał kolor prawie że pomarańczowy.

– Był pan kiedyś zakochany? – zapytał Macieja – jest pan pisarzem, więc na pewno – pokiwał głową.

– Dlaczego pan pyta?

– Bo mam dla pana historię.

– Mam dość historii. Wie pan, tu każdy mi coś opowiada.

– A mówili dlaczego nazywają mnie świętym?

– Coś tam słyszałem. Pan tego… nigdy nie miał kobiety…

– To nie prawda. Miałem. Jedną.

– To nie dużo.

– Pierwszy raz zobaczyłem ją w kościele. Mieszkała tu za lasem, w Mokrych. Wie pan gdzie to jest?

– Nie.

– W końcu się przełamałem. Podszedłem do niej. A piękna była taka, że w nogach miałem miękko.

– Miękko?

– I wie pan, ona się zgodziła. Umówiliśmy się na następną niedzielę.

– Miał pan randkę.

– Miałem, a raczej nie, bo w tygodniu przejechał ją samochód. I nigdy jej już nie zobaczyłem.

– Przykra sprawa. Ale wie pan… prawie pan jej nie znał. Ciężko rozpaczać.

– Ale nie mogłem się oprzeć.

– Komu?

– Nie mogłem przestać się zastanawiać. Jaki byłby jej dotyk jej dłoni, jak spacerowałaby ze mną po wsi. Zacząłem sobie wyobrażać, że się z nią spotykam.

– Ale przecież ona umarła. Nawet pan jej dobrze nie poznał.

– Jakoś mi to nie przeszkadzało. Musiała być wspaniała. I wie pan co? Pozostałem jej wierny.

– Nie szkoda panu życia?

– Dla takiej miłości? Nie szkoda. A co, pan nigdy nie kochał?

– Kochałem… ale prawdzie kobiety, z krwi i kości.

– Panu się wydaje, że jak ona umarła to jej nie ma, prawda?

– No raczej.

– I tu się pan możesz mylić – Macieja znów pokiwał głową – chodź pan, coś panu pokażę. A przy okazji mi pomożesz.

– To dlatego nazywają pana świętym… bo pan nigdy… – zamyślił się Piotr.

Szli przez łąkę. Krowy wyciągały łby rozpoznając Macieję. Ten czule gładził je po pyskach.

– Niech mnie pan podsadzi – powiedział Macieja.

– Co?

– No niech mnie pan podsadzi – Macieja wsadził nogę w splecione dłonie Piotra i złapał się za krawędź księżyca.

– No wyżej, bo nie sięgam – krzyknął Macieja.

Udało się. Macieja zniknął z oczu Piotra, lecz po chwili jego głowa znów pojawiła się na świetlistym tle.

– Mam dzisiaj spotkanie! – krzyknął.

– No to powodzenia – powiedział Piotr, machając na pożegnanie ręką.

Ruszył z powrotem wśród gwiazd przez łąkę w kierunku kapliczki. Widział jak krowy wyciągniętymi pyskami zlizują Drogę Mleczną. Aż się od ich języków marszczyło niebo. Dawały później słodkie mleko. Specjalność tych warmińskich stron.

Warmia, lato 2014.

Inspiracja muzyczna tekstu – tutaj.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge