Dzień na Warmii

0
96

Metal wgryzał się w ciało bez litości. Po każdym ciosie, na promieniach słońca, wznosiła się dusza drzewa. Uderzenia uwalniały wspomnienia pierwszego deszczu i walki o dostęp do nieba. Przez tyle lat drzewo widziało niejedno – narodziny, śmierć i śpieszne schadzki kochanków, po której rodziły się dzieci w pobliskiej wsi. Już nie będzie trzeba walczyć o przetrwanie przy srogich styczniowych mrozach. Korzenie nie będą się wbijać w ziemię w poszukiwaniu wody. Za chwilę błyszczące od potu ramię zakończy to trwanie wśród łąk, wiatru i słońca.

Zagajnik czekała zagłada. Stukot siekier miarowo odmierzał czas.

Drwal zdyszany zaczerpnął powietrza. W takich chwilach lubił swoją pracę. Wokół unosił się zapach surowego drewna. Z przyjemnością głaskał chropowatą korę.

„Mógłbym tu zostać na zawsze” – pomyślał, zaciągając się dymem z papierosa – „Boże, jak ja nienawidzę tych głupich ludzi”.

Spojrzał na swoją siekierę. Stróżka potu ściekała mu po plecach. Nagle poczuł się zmęczony. Dziś już nie będzie pracować. Kończył się dzień na Warmii.

felietony

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge