Anhedonia, wyspa śmieci

3 Komentarze

Autor: Łukasz Staniszewski

Anhedonia, wyspa śmieci, miała wyjątkowy towar. Można tu było kupić człowieka zdolnego wykonać każde zadanie. Największym wzięciem cieszyli się samobójcy.
Do czytania z zamkniętymi oczami

Najpierw na horyzoncie pojawił się cień, który jeszcze mógł być złudzeniem. Gdy z mgły wyłoniły się kontury, Mortimer Fink miał już pewność, że widzi przed sobą ląd. Na środku oceanu, trafił na pływającą wyspę powstałą ze śmieci, jakie wypluwały z siebie cywilizacje. Z resztek drewnianych fregat, kadłubów parowców, samolotów pasażerskich i samochodowych opon powstał stały ląd.
Fink z radością ujrzał ludzi. Od wielu dni dane mu było pić tylko deszczówkę. Teraz miał szansę na wybawienie.
Wyspę zamieszkali ludzie, których życiorysy przypominały śmieci, z których powstała. Odrzuceni przez społeczeństwa i rodziny, odnaleźli dom na środku bezkresnej wody. Ustanowili nowe prawa. Nie brakowało ludzi wykształconych i oczytanych. Prawdopodobnie to oni wymyślili nazwę wyspy, którą nazywano Anhedonią.

– Czy mamy cię zjeść człowieku, czy posiadasz coś, co może nam się przydać? – zapytał siwobrody grubas, którego nazywano Rigamontti. Po dwóch dniach siedzenia w klatce, Mortimer został przywleczony na coś w rodzaju sądu, który miał zdecydować o przyszłości Finka.
– Mogę pracować – wyszeptał Mortimer.
– Tu nie ma pracy – powiedział grubas – chcesz orać plastik? Przydasz się nam bardziej jako pieczeń.
– Pieczeń?, nie jestem pewien czy jestem zdrowy.
– Zawsze tak mówicie – zaśmiał się Rigamontti – już ty się nie martw, mamy dobrych kucharzy.
– Powiedzcie czego potrzebujecie, a to zrobię – nie tracił nadziei Fink.
– Rozejrzyj się człowieku! Jesteśmy nowym gatunkiem zwierząt. Nie wiele nam trzeba.
Rozmowa wabiła coraz więcej mieszkańców wyspy.
– Jemy, jemy! – krzyknął ktoś za plecami Mortimera – mięsko z oceanu.
– Spokojnie! Jeszcze moment! – krzyknął Rigamontti, który teraz nożem zapewniał sobie respekt – czy wy o czymś nie zapomnieliście? – spojrzał po zebranych – No! Chcecie go zjeść? Proszę bardzo! Już go przyrządzam! – siwobrody podbiegł do Finka i przystawił mu nóż do gardła, nacinając skórę.
– Tylko jedna rzecz! – wciąż wrzeszczał na zebranych – za tydzień musimy przygotować kolejną dostawę. Ktoś się zgłasza? Pytam! Ktoś się zdecydował? – Rigamontti puścił głowę Finka i błyskawicznym ruchem dźgnął nożem najbliżej stojącego człowieka. Ten trzymając się za brzuch, upadł na kolana.
– Jak się nazywasz? – już spokojnie zapytał, wycierając nóż o spodnie.
– Mortimer Fink.
– U nas płaci się tylko w jeden sposób.
Na Anhedonii nie hodowano roślin ani zwierząt. Zdarzało się, że wyspiarze wybierali głód zamiast pracy w morzu. Alkohol i dobre narkotyki skutecznie pomagały przetrwać ciężkie czasy. Jednak wyspa posiadała wyjątkowy towar. Można tu było kupić człowieka zdolnego wykonać każde zadanie. W ofercie największym powodzeniem cieszyli się samobójcy. Ci, którzy po pracy już nie wracali. Za zlecenia płacono żywnością i używkami. Można też było płacić kobietami, które nie mogły tu narzekać na brak zainteresowania. W czasach kryzysu stawały się naprawdę smacznym wynagrodzeniem.

Ostatnie posty

Ostatnie

Słuchaj podcastów

Joint

Subskrybuj i otrzymuj nagrody

Wpłać 100 zł na konto autora, a otrzymasz wyjątkowy długopis piszący we wszystkich językach świata!

Copy Protected by Chetan's WP-Copyprotect.