Świnia i Jeż

Strach było dziecko zostawić przy nieskoszonym jeszcze zbożu. Jednak nie można było nie słuchać słońca, które kazało wziąć w ręce kosy i wyjść wszystkim w pole.
Tuż przy ziemi, spomiędzy łodyg, wysuwały się dłonie by porwać dziecko. Maluchy później odnajdywano, ale już jakieś inne.
Małe główki puchły przed upływem miesiąca. Oczy traciły widok matki i świata, nie chcąc uczyć się ludzkiego języka.
Nie zawsze bywało źle, bo niektóre dzieciaki rosły dobrze. Tylko później ich rozum wpadał w wielki wir i zostawały wariatami.
Obcy na widok podmieńców odwracali głowy. Nie wyjaśnisz matkom dlaczego.
O chłopaku nazywanym Świnią opowiadano, że wziął się z kurzawy wędrującej po drodze do wsi Małe Grozy. Znalezione dziecko miało twarz całkiem przysypaną piaskiem.
Świnia przezwisko swoje zawdzięczał zniekształconej twarzy i chrumkaniu. Były to jedyne dźwięki jakie potrafił z siebie wydobyć.
Chłopaka przygarnęła Pormanowa, kobieta bezdzietna i samotna. Świnia dorastał w jej starym domu, dzieląc czas na zwiedzanie świata widzialnego i niewidzialnego.
Bo Świnia WZIĄŁ się z kurzawy. Zlepiony z piasku i wody z kałuży, powstał z ludzkiego cierpienia w Małych Grozach.
Ludzie ze wsi podziękowali za ten dar, gdy zobaczyli chłopaka niosącego odgryzioną dłoń. Jeszcze widać było plamę czerwieni na rżysku, w miejscu gdzie znów miało zostać zabrane maleństwo.
Dzieci na rękach Świni przestawały płakać. A te z dużymi głowami odzyskiwały wzrok i z radością szukały rodziców.
Świnia był tu święty. Nawet gdy gile ściekały mu po brodzie.
W chałupie Pormanowej była dziura w podłodze, przymykana drzwiami. Z ciemności, wyłaniali się ci, których unikano w myślach.
Z dziury wyszedł Jeż. Człowiek o miedzianych włosach, który potrafił namalować wszystko – niebo, chałupę, człowieka i co tylko chcesz.
Ruchy pędzla przenosiły portretowanego na płótno. Ludziom znikały z twarzy wąsy, usta i czoła.
Po oczach zostawały dwie niebieskie plamy. Ręce i nogi stawały się pociągnięciem ołówka.
Skończony portret, malarz zawijał w rulon i wkładał do kosza na plecach. Sterczały mu one na wszystkie strony, przypominając jeża.
Tylko Świnia nie dawał się namalować. Jego pokrzywionej twarzy nie oddawała ani kreska ani kolor.
Jeż lubił malować także zagrody, pola i zwierzęta. Nic i nic wypełniały powoli wieś.
Wszystkie rulony malarz znosił do dziury w podłodze. Musiało się tam coś w ciemnościach bardzo interesować Małymi Grozami.
Nie było już dzieci we wsi, nawet te z dużymi głowami zniknęły w obrazach. Ale jednego z nich nie zabrał malarz, tylko Świnia ukrył go przed światem.
Z Małych Gróz zostały jezioro, droga do wsi i drzewa wzdłuż niej. Wtedy Świnia przyniósł dziecko przed oblicze Jeża.
Maluch z za dużą głową trzymał w ręku pędzel. Kolory, których używał były nieokiełzane.
Nie rozumiał takich figur Jeż. Stawał się nowy świat – krzywy i chybotliwy.
Z kropek powstawali ludzie, z krzyżyków krowy. Kreska to było niebo, trójkąt to było pole.
Nie dało się już odmalować takiego świata i Jeż musiał wrócić do ciemności. Świnia chyba poszedł za nim, bo nikt go więcej nie widział.
Rysunki dziecka przetrwały. Przyzwyczaili się do nich ludzie i żyją w tym świecie do dziś.
Wspominano Świnię. Niektórzy podobno widzieli, jak spod uchylonych drzwi, wygląda głowa ze świecącymi oczami.
Na gałęziach drzew znów pojawiły się pąki. Rosły w nich zaginione dzieci, a gdy dojrzały, opadały miękko na trawę.
Zdrowe.

Opowiadanie Świnia i Jeż należą do przygotowywanego tomiku opowiadań „Małe Grozy”, którego fragmenty możesz poznać.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge