Łukasz StaniszewskiŁukasz Staniszewski: Gdy myślisz o swoich początkach, to zastanawiasz się czasem, co takiego wydarzyło się w Twoim życiu, że jesteś dzisiaj tym, kim jesteś?

 

stefan brzozowskiStefan Brzozowski: Tak, wiele razy. Zastanawiałem się, jak to się dzieje, że idziemy taką drogą, a nie inną. Zwykle bywa tak, że niektóre rzeczy, które stają nam na drodze, są kłodami nie do przejścia. Pojawia się wtedy cierpienie, niespełnienie i bezsens życia. Ale czasami są takie zdarzenia, które nagle dodają skrzydeł. Nagle okazuje się, to co robisz daje ci szczęście, bo uczestniczysz w czymś, co się przed tobą otworzyło.

Nie mam odpowiedzi jednoznacznej, ale patrzę na człowieka, na każdego z nas, ze świadomością, że potencjalnie jesteśmy wyposażeni we wszystko, co jest potrzebne, aby iść swoją drogą i aby osiągnąć szczęście w życiu. Zawsze mamy szansę spełniać się i realizować to, co sprawia nam radość i daje poczucie wartości. Bo przecież nikt inny, tylko my, ludzie, nadajemy wartość wszystkiemu, co nas otacza i czym się zajmujemy. Te wartości obiektywnie, bez człowieka, nie istnieją. A skoro tak jest, to kiedy spoglądam w przeszłość, widzę, że szczęśliwie trafiałem w swoim życiu na takie osoby, które, „rezonowały” razem ze mną na podobnej częstotliwości. To one wzmacniały we mnie chęć zdobywania wiedzy, emocje i uczucia, które są niezbędne do tego, żeby odczuwać smak i radość życia. To nie muszą być zawsze wielkie rzeczy, to może być radość z picia rano kawy, gdy słyszę śpiew ptaków przez otwarte okno. Tylko trzeba to umieć dostrzec. Trzeba zobaczyć w sobie, co takie zdarzenie w nas powoduje, że odczuwamy w związku z nim określone emocje.

Ł.S.: Ale przecież każdy z nas to widzi!

S.B.: Ale nie każdy sobie uświadamia to, co się nim dzieje. I mam wrażenie, że przez to, już od samego początku, od siódmego roku życia, zacząłem chodzić na zajęcia plastyczne, tańczyć w zespole tanecznym, udzielać się w harcerskim zespole Krusyna. Widocznie ta droga artystyczna była mi potrzebna, bo tylko tak moje potrzeby emocjonalne mogły być zaspokojone. Uczestnicząc w tym świecie emocjonalnym, jaki towarzyszy sztuce, przechodziłem z rąk jednego nauczyciela, jednego mistrza, w ręce następnego, ucząc się patrzeć na świat przez pryzmat emocji, które towarzyszą takim, czy innym rzeczom, które mnie otaczają, w których uczestniczę i które mnie poruszają, bolą i fascynują.

Byłem cały czas otwarty i mam wrażenie, że wszystkie okoliczności pracowały na to, żebym cały czas harmonicznie rozwijał się intelektualnie i emocjonalnie. To doprowadziło mnie do twórczości i refleksji nad światem i potrzeby artykułowania mojego osobistego zdania. Doszedłem do własnych ocen i wizji, które wytworzyły się przez te wszystkie lata.

Ł.S.: Skąd się biorą artyści? Gdzie może być początek?

S.B.: Dziecko zaraz po urodzeniu nie werbalizuje swoich potrzeb. Porozumiewa się z matką za pomocą energii i emocji. Jest to język komunikacji ze światem, o którym my – dorośli zapominamy, a on ciągle istnieje.

Są jeszcze geny. Naukowcy pokazują, że u rozłączonych bliźniaków, żyjących w odmiennych środowiskach, „uruchamiają” się odmienne zestawy genów. Można z tego wnioskować, że każdy z nas ma taki sam potencjał, ale które geny będą „aktywowane” zależy już od środowiska, w którym się znajdziemy. Nasze otoczenie ma ogromny wpływ na to, w którą stronę będziemy się rozwijać i co w nas będzie się rozwijało.

Ł.S.: Czyli to kwestia przypadku?

S.B.: Możemy przyjąć, że tak. Ale nieobca jest mi wizja świata, że wszystko, co jest, co było i co będzie, jest już dawno zapisane. Jest już nam dane. My tylko w ciągu życia realizujemy jeden ze scenariuszy, jedną z możliwości, mając wolną wolę, mamy wpływ.

Możemy też być reinkarnacją poprzednich wcieleń. Mamy deja vu, jakąś pamięć komórkową, która niesie informacje, które odzywają się w nas w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach i mamy wrażenie, że już kiedyś przeżywaliśmy podobne zdarzenia. Czyli jest jakiś rodzaj zapisu. Jesteśmy na Ziemi od milionów lat i jest jakaś ciągłość pomiędzy ludźmi dzisiaj, a tymi sprzed tysiąca lat, a nawet dalej, z prostszymi organizmami. Przecież z życia, które pojawiło się dawno, dawno temu na Ziemi, wyewoluowaliśmy my. Nie ma innej drogi, ludzkość nie pojawiła się nagle.

Ł.S.: Czy improwizacja muzyczna może być formą kontaktu z tym zapisem?

S.B.: Żeby zaistniała improwizacja, trzeba mieć bogaty warsztat, który pozwala poruszać się w przestrzeni artystycznej. Improwizacja posługuje się też jakimś językiem, to może być ciało, słowo albo kolor. Dobry warsztat daje nam bogaty język, możemy wtedy improwizować, przedstawiać to, co podpowiada nam nasza podświadomość, albo otworzyć bez udziału kontroli świadomości pewien tunel, którym z naszych zakamarków wyjdą pewne niespotkane wcześniej skojarzenia. To zjawisko dotyczy każdej dziedziny sztuki. Z mojego doświadczenia wynika, że ten „błysk”, który się w nas odzywa, jest najcenniejszy. Tylko on pozwala wznieść się ponad to, co daje nam, nawet najbardziej solidne, rzemiosło. „Błysk” pozwala nam na przekraczanie granic wiedzy, którą mamy. Dlatego tak cenię go sobie w twórczości, bo on nas wprowadza w przestrzeń, w której nasz umysł jeszcze nie pracował, w przestrzeń emocjonalną, w której nasze emocje jeszcze nie przebywały. Myślę, że każdy akt twórczy to właśnie takie przekroczenie granic swoich możliwości.

Na przykład w poezji, słowa próbują określić pewną przestrzeń, w której dzieje się coś, co jest po za słowami i jest niewyrażalne, bo nie ma na to żadnego określenia w języku. Jakiś rodzaj skojarzenia, napięcia i uczuć, które są poza tymi słowami, które użyliśmy.

Ł.S: A w dodatku jest to bardzo indywidulne doświadczenie.

S.B.: „Błysk” powoduje rozjaśnienie naszej świadomości i pcha nas na wyższy stopień rozwoju, ale trzeba pamiętać, że tam już są jakieś osoby, które doświadczyły tego rodzaju odkryć przed nami. Dzięki temu możemy sobie o tym wszystkim porozmawiać. Zdaję sobie sprawę, że to nieliczna grupa, bo każdy podąża za swoimi „błyskami” i rozwija się we własnym, odrębnym kierunku. Ja nie mam „błysków” na przykład na temat budowy wiaduktów. Ale ktoś na pewno tak! Przeżywa genialny „błysk” i tworzy coś wyjątkowego, z wykorzystaniem nowej technologii i dzięki temu łączy dwa brzegi. Ja nie buduję wiaduktów, moją domeną są sfery bardzo emocjonalne i osobiste. Moja sztuka skupia się na nas, na ludziach, kim jesteśmy i w jakim świecie żyjemy. Moje „błyski” dotyczą rozwiązań, które przyczyniają się do powstania takiej, czy innej piosenki. „Olsztyn kocham”, którą napisałem, była moim wewnętrznym przerzuceniem na papier tego, co mi przyszło do głowy, kiedy patrzyłem na ludzi, którzy tutaj mieszkają. To miejsce skojarzyło mi się z Ameryką, bo jest jakieś podobieństwo w mieszance kultur i narodów, które stworzyło to miasto, a tam, za oceanem nowe państwo. Kiedy sobie to uświadomiłem, to był mój „błysk”, napisałem o nas, jako o Ameryce, o nowej subkulturze, która powstała w Olsztynie po tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku, gdy moja mama tu przyjechała z Warszawy, ojciec przyjechał z Kutna, Ewy (mowa o Ewie Cichockiej.) ojciec przyjechał z gór, a jej mama z Kurpiów. To był rodzaj mojej refleksji nad Olsztynem i tak powstała piosenka, która się jak się okazało, przemawia do wielu innych ludzi, którzy prawdopodobnie też szukali tego „błysku”. I nagle ta piosenka weszła w ich wyobraźnię i stała się ich tożsamością. I to mnie bardzo cieszy, że udało nam się wypracować dzięki tej piosence wspólną tożsamość.

Ł.S.: A jak często zdarza Ci się ten „błysk” i czy go jakoś stymulujesz?

B.S.: Interesuję się życiem, uwielbiam ludzi, uwielbiam z nimi rozmawiać i ich słuchać. To powoduje, że mam pewne wyobrażenie kontekstów, w których się obracamy, wizję jak moglibyśmy ze sobą funkcjonować i dlaczego tego nie robimy. Pojawia się we mnie myśl, która każe mi czytać wiersze i literaturę. I zawsze tak jest, że trafię na coś, co jest wyrazicielem tego, co dziś, tu i teraz, chciałbym sam powiedzieć. Bo często korzystam z cudzych tekstów, rozmawiam z autorami, tak jak kiedyś z Mariolą Platte rozmawiałem, i powstają teksty na temat, który mnie bardzo pochłania i interesuje. Chcę po prostu zabrać głos w danej sprawie. I tak powstają piosenki.

Ł.S.: Czy możesz zdradzić jak komponujesz, jak to w praktyce wygląda?

S.B.: Najpierw jest codzienność, która albo uwiera, albo powoduje euforię. Próbuję skonkretyzować, co się za tymi stanami emocjonalnym kryje. Musi to być coś ważnego. Jeśli mam to „wywalić” z siebie, to musi się we mnie dziać coś takiego, że sięgam po ten cudowny język, jakim jest twórczość. I kiedy znajdę odpowiedni tekst, niekoniecznie mój, który opisuje to, co odczuwam, to zaczyna się nowy, szybki i prosty proces. Od tylu lat zajmuję się układaniem akordów, przebiegów akordowych i melodii, tak że od razu mają one dla mnie określony rodzaj napięcia, określony kolor uczuciowy i emocjonalny. I w sposób, zupełnie intuicyjny, tworzę muzykę do tych intencji, które we mnie są i tekstu, który wybrałem.

Muzyka sama „dokłada”, akord durowy, kiedy idę w górę i wznoszę się do nieba, albo akord mollowy, przybrudzony, bo rzeczywistość, którą opisuję jest właśnie taka emocjonalnie. I akordy układają się w pewien przebieg. To jest pierwszy zapis, jakby pierwszy odruch. Potem jest on weryfikowany przez czas. Zostawiam go w mojej głowie i jeśli następnego dnia wszystko wraca do mnie, to znaczy, że jest trafiony, dobrze ujęty i warto się dalej nim zajmować. Buduję później formę, która ma przenieść to, co było moją intencją. Bo ta intencja jest tu najważniejsza – słowa próbują określić jej przestrzeń intelektualną, a muzyka wywołuje obraz emocjonalny. Gdy to się dobrze ze sobą zgodzi, jest szansa na to, że jak będę opowiadał o tym ze sceny, słuchacz po drugiej stronie będzie miał odczucia podobne do moich i będzie mógł mnie zrozumieć. Bo jeśli artysta zabiera komuś czas, to dobrze żeby wiedział, co chce powiedzieć, bo to jest rodzaj rozmowy. Ten dialog jest bardzo efektowny i silnie oddziałowujący.

Ł.S.: A czy zdarza Ci się odwracać proces, najpierw melodia a później słowa?

S.B.: Kiedyś tak było, ale od czterdziestu lat, kiedy spotkałem śp. Jurka Ignaciuka, mojego przyjaciela i poetę, tak nie robię. Ignaciuk doskonale dobierał słowa, które dookreślały przestrzeń, w której moja wyobraźnia miała się obracać. Był minimalistą, gdy zabierało się jakiekolwiek słowo z jego tekstu, od razu zmieniały się sensy, były o czymś innym. Jak w przypadku każdego wielkiego poety, który używa tyle słów, ile trzeba, by wyrazić to, co ma do powiedzenia. Jurek Ignaciuk wsadził mnie w taki rodzaj uzależnienia, że ja odczuwam potrzebę nazywania tej przestrzeni emocji, która we mnie jest. Nawet, jeśli w domu układam sobie przebiegi akordów, to robię to dla treningu. Przygotowuje mnie to do improwizacji, pozwala mi lepiej poznać siebie. Sprawdzam czy jestem w stanie wyrażać to, co we mnie siedzi. Taki trening to bogactwo, po które sięgam, kiedy komponuję.

Ł.S.: A jak radzisz sobie z sytuacją, w której twoje działania i wybory artystyczne są poddawane nieustannej ocenie?

B.S.: Każdy z nas jest oceniany przez cały czas.

Ł.S.: Uważasz, że Twój zawód nie różni się od innych?

B.S.: Jak będziesz robił zły chleb, nikt nie będzie go kupował. Jeśli źle zaprojektujesz dom, nikt więcej nic u ciebie nie zamówi. Dla mnie nie ma żadnej różnicy pomiędzy zawodem artysty, a pozostałymi. Zawsze efekt naszej pracy musi zyskać akceptację. W moim przypadku, gdy występuję na scenie, ta weryfikacja następuje od razu, u innych po prostu może być rozłożona w czasie. Tu i tam, robiąc fuszerkę możesz stracić pracę.

Ł.S.: I nie ma w tym nic szalonego, że nigdy nie wiesz, co będziesz robił i nad czym pracował następnym razem? I to w dodatku bez gwarancji, że to będzie dobre?

B.S.: Część ludzi ma świadomość, na czym polega mój zawód, ale znaczna większość patrzy na to jak na czary. Nie znają zasad muzyki i siły słowa. Nie analizują tego, co się w nich dzieje. Można powiedzieć, że nie znają samych siebie i sposobów, w jaki funkcjonują. I dlatego to, czym ja się zajmuję, wydaje się czymś czarownym, bo nie rozumieją istoty tego zajęcia.

Na czym polegają cuda? Zaskakuje cię coś, czego nie rozumiesz i dlatego wydaje ci się, że to niemożliwe, bo sam nie potrafisz tego zrobić. Ale gdy się nauczysz, to możesz na przykład oderwać sobie palec (Stefan Brzozowski w tym momencie pokazuje mi, jak jego kciuk oddziela się od dłoni, po czym znów wraca na swoje miejsce.) Tak samo jest z muzyką, jeśli tylko nauczysz się rzemiosła, które posłuży ci do wyrażania siebie. Jeżeli ze sceny będzie płynąć prawda, to będzie ona „rezonowała” z drugim człowiekiem. Jeśli ja ujmę kwintesencję pewnego zdarzenia i wyjdę na scenę i ją opowiem, na przykład Kocham Niemców, Mazurów, Warmiaków… to będzie to „rezonowało” z tymi wszystkimi ludźmi, bo jestem wyrazicielem czegoś, w czym ci ludzie tkwią.

Ja się tym zajmuję na co dzień, ja temu poświęcam mnóstwo czasu. Inni skupiają się tym, żebym ja mógł zjeść chleb, miał się w co ubrać i mógł chodzić pięknymi ulicami. Oni imponują mi tym, że ten Olsztyn tak pięknie wygląda, po prostu nie mogę się nadziwić, jak przepiękny jest ten kawałek Ziemi, na którym żyję. I to oni go zbudowali, przecież nie ja! Ja daję im to, co mnie interesuje – piękno, refleksję nad ludźmi i moc energetyczną do tego, żeby im się chciało żyć i dalej tworzyć ten piękny świat, w którym razem żyjemy.

Ł.S.: Dostrzegasz jeszcze liryzm w otaczającym Cię świecie?

B.S.: Dopóki mamy coś takiego jak tkliwość, miłość, szacunek czy wdzięczność, to wszystko wciąż przepięknie mieści się w liryce, bo opisuje nasze uczucia.

Nie chcemy strachu, niepewności, degradacji, poczucia beznadziei, apatii i tych wszystkich złych emocji, które są destrukcyjne. Każdy człowiek szuka piękna w swoim życiu, chce poczucia sensu i przyjemności. I dlatego dopóki będzie człowiek, dopóty będzie liryka, bo ona niesie te wszystkie uczucia, które są nam niezbędne do życia. Jak bez liryki można powiedzieć drugiej osobie o pragnieniu, fascynacji i miłości? Jeśli nie będzie liryki, to co nas będzie łączyć?

Olsztyn, 17 października 2017 r.

Więcej o Stefanie Brzozowskim i zespole Czerwony Tulipan znajdziesz tu.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge