ryszard szmit

szmitRyszard Szmit, ur. w 1954 roku w Olsztynie. Muzyk, inżynier dźwięku, producent, wykładowca na Wydziale Sztuki na Uniwersytecie Warmińsko – Mazurskim. Nagrywał z największymi polskimi gwiazdami m.in. Ryszardem Rynkowskim, Edytą Górniak, Maanamem, Krzysztofem Krawczykiem, Anną Marią Jopek, Enejem i Starym Dobrym Małżeństwem. Za realizację nagrań otrzymał kilkanaście Złotych i Platynowych Płyt. Ostatnio (2014r.) z rąk Prezydenta Olsztyna otrzymał nagrodę za mistrzowskie nagrania polskich solistów i grup muzycznych. Mieszka w Olsztynie, od lat związany jest z Radiem Olsztyn.

Dizaman - ktoś ty?Szmit, czy ktoś zwracał uwagę na brzmienie Twojego nazwiska?

 

szmitMój tata pochodził z poznańskiego, z miejscowości Zimna Woda. Stamtąd wywodziła się jego rodzina i nazwisko było pisane tak – Schmidt. Do Olsztyna przyjechał z moją mamą w pięćdziesiątym pierwszym, budować telekomunikację na Warmii i Mazurach. Zaraz wezwano go od Urzędu Bezpieczeństwa gdzie usłyszał „proszę pana na tych ziemiach nie może się pan nazywać Schmidt, bo tu żadnych Niemców nie ma i nie będzie. Musi pan spolszczyć nazwisko lub je zmienić”. Od tamtej pory tata podpisywał się Szmit.

Miałeś tradycje muzyczne w domu?

Tata był synem ogrodnika w majątku ziemskim. Dziedzic zabierał dzieci swoich pracowników do pałacu i kształcił je wraz ze swoimi dziećmi. Ważnym elementem edukacji była gra na instrumencie, więc mój tata otrzymał rzetelne wykształcenie muzyczne grając na skrzypcach. Wykorzystał to później, już w Olsztynie, dorabiając do pensji na weselach, ślubach i pogrzebach. Praktycznie miał zajęcie w każdy weekend. Grał głównie z Mazurami, dopóki wszyscy nie wyjechali do Niemiec. Pisał też dla nich aranżacje. Do dziś pamiętam jak popołudniami tata siadał do magnetofonu szpulowego, kartek papieru i pisał bez końca. A ja przysłuchiwałem się jego pracy. Z kolei kiedy mama próbowała śpiewać, tata nie był specjalnie zadowolony.

Przy takich rodzinnych skłonnościach, Twój syn ma małe szanse zostać inżynierem.

Nie wiem czy chciałbym żeby syn robił to, co ja. Wolałbym żeby poszedł własną drogą, ale chcę go nauczyć wszystkiego, co sam potrafię. Uważam to za swój obowiązek. Ja otrzymałem wiedzę od swojego ojca, szczególnie związaną z elektroniką. W naszym domu powstawały wzmacniacze, kamery pogłosowe i wiele innych urządzeń, które budował od podstaw. Siadał z kartką papieru i z wyobraźni rysował schematy układów. Specjalnie dla mnie zbudował efekt gitarowy znany jako „Fuzz”. Pomysł podsunął mu Tadeusz Nalepa, który przywiózł takie urządzenie ze Stanów Zjednoczonych i pokazał je w telewizji. Tata popatrzył, podumał i powiedział: „Ja ci to zrobię”. Było to pierwszy tego typu efekt gitarowy w Olsztynie.

Tata był samoukiem, pasjonatem fizyki i kochał muzykę. Ja jestem taki sam. Z tą różnicą, że on nie łączył tych dwóch światów, a mnie się udało połączyć elektronikę i muzykę. Bo na tym polega praca w studiu nagraniowym. Naśladując ojca będę chciał przekazać synowi otwartości myślenia i pasję do zdobywania wiedzy, ciekawość „jak to działa”. Chyba Tina Turner o tym śpiewała – „nauczmy dzieci wszystkiego a potem pozwólmy im odejść”.

Zawsze chciałeś zawodowo związać się z muzyką?

Nigdy nie chciałem być muzykiem. To był przepadek. Gdzieś tak w pięćdziesiątym ósmym roku, w piśmie „Młody technik” znalazłem plan gitary elektrycznej. Na rysunkach pokazano jak ją trzeba wyciąć i jak zbudować poszczególne podzespoły. Plan tej gitary zafascynował mnie jako konstrukcja, a nie jako instrument muzyczny. Ręczną piłą wyciąłem z drzwi od szafy podstawowy kształt i do niego dobudowywałem kolejne elementy. Za te drzwi dostałem w tyłek od ojca, ale później widząc moje zaangażowanie, przyłączył się i razem zbudowaliśmy tę gitarę. Wtedy stać mnie było tylko na trzy struny, ale mogłem na nich już zagrać pierwszą piosenkę. I tak to się zaczęło.

Grało się wtedy …zabawnie, ponieważ tworzenie muzyki było nieodłącznie związane z budowaniem własnego sprzętu. Ciągle wycinaliśmy z płyt paździerzowych kolumny głośnikowe i przewijaliśmy głośniki. Myślę, że połowę energii traciliśmy na naprawę sprzętu. Kolejnym wysiłkiem było znalezienia miejsca na próby. Każdy klub należał do jakiegoś zakładu np. OZOS-u lub Poczty i bardzo trudno było się tam dostać. W końcu odnaleźliśmy się w Pałacu Młodzieży. Tam nauczyliśmy się grać przeboje Czerwonych Gitar, Skaldów, No To Co i Trubadurów. Dopiero później przyszedł czas na Rolling Stonesów. Ojcowie kolegów, którzy mieli „dojścia”, przywozili z zagranicy płyty. Kiedy winylowy krążek przyjeżdżał do Olsztyna, i nie miało specjalnego znaczenia, jaki to zespół byle z Zachodu, szliśmy na dwa dni na wagary. Od rana do wieczora z wypiekami na twarzy siedzieliśmy przy gramofonie słuchając płyty. Wtedy liczył się tylko jeden gitarzysta – Jimi Hendrix. Z czasem pojawił się Eric Clapton i B.B. King. To były czasy, kiedy chcąc grać utwory swoich mistrzów, trzeba było uczyć się ich grając ze słuchu. W nieskończoność przewijało się palcem taśmę, aby dobrze uchwycić zagrywkę na gitarze. Dzięki temu rozwiał się słuch i inteligencja muzyczna. Dzisiaj każdą nutkę można znaleźć rozpisaną w internecie.

W 1969 roku stanąłem pierwszy raz na scenie. W tamtych czasach nagranie piosenki graniczyło z szaleństwem. Prywatna fonografia była wtedy zakazana, studia nagraniowe były tylko w Radiu. Żeby cokolwiek załatwić trzeba było kombinować, poznawać decydentów, chodzić z koniakami. Najpierw wizyta w Pewexie, później spotkanie z panem redaktorem. I dopiero wtedy, w wielkiej łasce, nad ranem, kiedy studio było wolne, miało się te piętnaście minut na nagranie jednej piosenki. Mnie to się bardzo nie podobało, pomyślałem, że fajnie by było mieć coś własnego. Najpierw z tatą zaczęliśmy budować magnetofon czterośladowy, ale niestety nam nie wyszedł. Później skonstruowaliśmy mikser i mogłem już wtedy nagrywać instrumenty w domu.

A jak pojawiło się w Twoim życiu studio nagraniowe?

Pod koniec lat siedemdziesiątych wylądowałem w Finlandii i zacząłem grać w knajpach.

Kiedy stałem na promie i patrzyłem na oddalający się brzeg, przez głowę przeszła mi myśl, że może już nie wrócę. Nie wiedziałem co zostawiam za sobą, był stan wojenny, było naprawdę groźnie. Nie mogłem sobie wyobrazić do czego miałbym wracać. Jak się potem okazało, nie nadaję się na emigranta, jestem za miękki – po pierwszym roku na święta Bożego Narodzenia rozpłakałem się jak dziecko.

Wróciłem do Polski w 1987 roku z pokaźną sumą pieniędzy. Bardzo chciałem znaleźć pracę w kraju i najlepszym pomysłem było założenie studia nagraniowego. Wszystko, co zarobiłem zainwestowałem w sprzęt, który znalazł się w moim małym mieszkanku na siódmym piętrze w bloku. Zostałem prywaciarzem, w dokumentach miałem „działalność fonograficzna”. W Urzędzie Skarbowym mylono to zawsze z „działalnością fotograficzną”. Wciąż napotykałem duży opór materii, niewykonalne było wynajęcie pomieszczenia na studio. Gdy nagrywałem instrumenty w domu trzęsły się szyby. Jakimś cudem sąsiedzi to wytrzymywali. Stale odwiedzali mnie zaprzyjaźnieni radiowcy nagrywać pierwsze w tamtych czasach reklamy. I tak się jakoś zgadało, że w Radiu Olsztyn stały niewykorzystane pomieszczenia i cały swój sprzęt przeniosłem do Radia. Wciąż w Polsce nie było gdzie nagrywać. Jak się dowiedzieli moi koledzy, że mam studio, zaczęli do mnie walić drzwi i oknami. Tak jak mówiłem wcześniej, zawsze fascynowała mnie wiedza i technika, więc wróciłem do nauki. Musiałem dobrze poznać angielski, bo cała literatura, którą przywiozłem z Finlandii, była w tym języku. Moi starsi koledzy muzycy zawsze mi powtarzali „ty mały ćwicz, ty tylko ćwicz i więcej nic nierób, ćwicz i się ucz, a jak się nauczysz, to zobaczysz, kto cię do współpracy będzie zapraszał”. Musiałem przyswoić kolejne dziedziny wiedzy w tym akustykę – a to wiązało się z tonami książek do przeczytania i zrozumienia. Dzięki nauce, w studio zacząłem osiągać coraz lepsze efekty. Powoli przejmowałem kontrolę nad procesem nagrywania. Dzięki temu uzyskiwałem coraz lepsze brzmienia, a to zainteresowało ludzi z Polski.

I w Olsztynie zaczęły nagrywać gwiazdy?

Pomogły mi w tym moje wcześniejsze, muzyczne kontakty. Od lat znałem się Ryszardem Rynkowskim i muzykami z Maanamu. Zaproszenie ich do studia nie stanowiło większego problemu. Zresztą Maanam był pierwszym wielkim zespołem, który u mnie nagrywał. Wrażenie robili ogromne, pamiętam jak pracownicy Radia siedzieli w oknach wypatrując, kto wysiada z samochodu.

Warto też docenić wyjątkowe walory Olsztyna, jako miejsce służące wyciszeniu, pięknie położone, z lasami i jeziorami. Inni na świecie budują studia w górach, by muzycy, chcąc naprawdę oddać się twórczości, mogli w stu procentach się na niej skoncentrować. Do dzisiaj Olsztyn jest doskonałą przystanią dla polskich gwiazd, które chcą w spokoju nagrać płytę.

Jak sobie radzisz, gdy na małej przestrzeni przebywa tak dużo indywidualności i trudnych charakterów?

Zachowanie spokoju to podstawowa cecha realizatora, ale nie zawsze taki byłem. Miałem rogatą duszę i jeszcze w latach siedemdziesiątych potrafiłem na próbach rzucić gitarą o ścianę, kiedy coś mi nie pasowało. Dopiero później, gdy stanąłem za konsoletą, zobaczyłem, że ci ludzie są tak mocno „nakręceni” na tworzenie muzyki. Mają swoje pięć minut, więc ulegają wielkim emocjom. Tak jak ja kiedyś. Nie mogłem sobie pozwolić, żeby jeszcze z mojej strony płynął jakiś negatywny komunikat. Nic by z takich nagrań nie było. Ktoś musi potrafić wytłumić te emocje i często przyjmuję taką rolę. Tego można się nauczyć i jest to spokój czysto profesjonalny, bo czasami zdarza mi się, że mnie krew zalewa, gdy nie mogę się porozumieć z muzykami.

Ciężko pracuje się w studiu?

Gdy emocje biorą górę, ludzie rzucają instrumentami, wybiegają ze studia, dochodzi do rękoczynów, kłócą się o nieistotne szczegóły. Zdarzyło się, że podanie nieosłodzonej herbaty, wywołało taką awanturę, że przez dwie godziny nie mogliśmy pracować, bo każdy z muzyków poszedł w swoją stronę i nie było z kim grać. Jednak ja to wszystko traktuję jako element mojej pracy. Muzyka to są emocje, wszystko to, co zawarte pomiędzy dźwiękami. Nic dziwnego, że czasami atmosfera jest naelektryzowana.

Nagrywałeś muzyków z różnych kontynentów. Jak jest różnica?

Muzycy zza oceanu są świetnie wykształceni muzycznie. U nas chyba szwankuje edukacja. Amerykanie mają doskonałe wyczucie stylu. Jak się ich poprosi o zagranie w stylu „boogie”, to oni doskonale orientują się, co na danym instrumencie trzeba zagrać. Jak poprosimy ich o country, to powiedzą „dobrze, ale który styl country?” W Polsce nawet bardzo dobrzy muzycy sesyjni mają duże problemy, żeby zagrać piosenkę w określonym stylu. Z drugiej strony, wszyscy Polacy grają solówki. Od perkusisty do gitarzysty. Tworzą niezwykłe i starannie przygotowane partie. Niestety później, często okazuje się, że piosenka pozbawiona solówek niewiele traci na wartości. Za to kompletnie leży bez dobrej sekcji rytmicznej. Wciąż też wielką bolączką jest gra równo z metronomem.

A co jeśli po pierwszych taktach nagrania zdajesz sobie sprawę, że zespół, a szczególnie wokalista, pozbawiony jest głosu i talentu?

Zawsze stawiam sobie granicę. Do pewnego momentu wiem, co będę mógł poprawić w nagraniu. Informuję zespół, co jest źle, ale co da się wyprostować. Będzie to ze stratą dla nagrania, ale dzięki komputerom, możemy to zrobić. Są jednak sytuacje, kiedy naprawianie nie ma sensu. Wtedy jestem zmuszony asertywnie podziękować za współpracę. Ponieważ pod każdym nagraniem widnieje moje nazwisko, czasami trzeba zrezygnować z sesji. Nie mogę wspierać przedsięwzięć, które na pewno nie są muzyką.

Skoro nie potrafią śpiewać i grać, to dla czego trafiają do studia?

Żyjemy w świecie komputerów. Kiedyś taśma nie dawała możliwości nanoszenia aż takich poprawek w nagraniach. Trzeba było śpiewać przynajmniej całe wersy. Aż się je nagrało dobrze. Jeśli w chórku nagrywały trzy wokalistki, to musiały zaśpiewać równo i czysto. Jak im się to nie udawało, to się dzwoniło po następne trzy panie. Dzięki temu udział w nagraniach brali tylko najlepsi. Komputery sprawiły, że zaczęto poprawiać rzeczy, których muzyk nie był w stanie wykonać. Talent, bez którego kiedyś nie można było tworzyć muzyki, przestał być potrzebny. Teraz każdy w domu, w ciągu piętnastu minut może stworzyć niezwykłe nagrania. Wszystko się zgadza dopóki nie dochodzi do nagrania wokalu. Wciąż żaden komputer nie potrafi zastąpić ludzkiego gardła.

Ludzie, dzięki komputerom w domach, uzyskują czasami interesujące rezultaty. Nabierają przekonania o swoich umiejętnościach i licząc na łut szczęścia, trafiają do mnie na nagrania. Wtedy cała prawda wychodzi na jaw, a ja niestety nie potrafię odpuścić.

A jak się pracuje z gwiazdami?

Trochę to zależy od gwiazdy. Niektórzy są na prawdę mili i sympatyczni, ale zdarzają się osoby o nieprzyjemnym uosobieniu. Często gwiazdy maja problemy z nerwami. Tęsknię wtedy za pracą z amatorami, gdzie liczy się tylko muzyka i są bardzo wdzięczni, jak coś się uda dobrego stworzyć. Wiele gwiazd ma przeświadczenie, że bardzo dużo wiedzą o pracy w studiu i zwykle próbują przewalczyć swoje pomysły. Nieraz byłem świadkiem jak doskonałe nagrania trafiały do kosza, bo gwiazda musiała pokazać, kto ma rację. Czasami złośliwie. Jest to polski styl współpracy. Na Zachodzie, każdy ma swoją rolę i zadania. Muzycy odpowiadają za partie instrumentów, realizator za jakość nagrań, producent za całość. Jak u nas przyjeżdża artysta z zespołem, to każdy z muzyków ma wizję jak powinno brzmieć nagranie, później jeszcze swoje dokłada gwiazda a na koniec wszyscy się kłócą, przychodzi producent i odwraca wszystko do góry nogami. Marnujemy czas i pieniądze. Jak złożymy talent tych ludzi to powstaje wyśmienite nagranie, jak skupiamy się na swoich racjach, nic nie brzmi.

A miałeś kiedyś poczucie, że dane Ci jest współpracować z prawdziwym, danym od Boga, talentem?

Tak i nie muszę się długo zastanawiać. To Edyta Górniak. Ona ma coś takiego w sobie, ona nie musi ćwiczyć, po prostu ma dar. Siedzę przed głośnikami w reżyserce, Edyta zaczyna śpiewać do mikrofonu i na moich rękach wszystkie włosy stają dęba. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem. Jedni to mają, inni nie. To jest jakiś rodzaj emocji, przekazu w jej głosie. To jest coś więcej niż talent. To jest niezwykłe. Tacy ludzie, gdy czegoś się dotkną to jest to wyraziste, mocne i głębokie. Nie da się tego przeoczyć, w grupie tysiąca śpiewaków zawsze będzie wiadomo, kto jest wyjątkowy.

I strasznie mi brakuje takich emocji wśród młodych muzyków. Wszyscy są świetni technicznie, ale coś ucieka. Przykładem są programy typu talent show, gdzie ludzie fantastycznie śpiewają, ale nic się nie dzieje. Mam takie wrażenie, że wszystko idzie ku pozbyciu nas wrażliwości. Doświadczyłem tego na koncercie Madonny, który opuściłem po pół godzinie. Z głośników leciał hałas, na scenie lała się krew a Madonna strzelała z pistoletu. Co można było wynieść z takiego przedstawienia? Dla mnie to chore i nienormalne. Minęły czasy, kiedy wzruszałem się słuchając muzyki na żywo.

Z żalem, mogę też odnieść się do młodych ludzi, którzy zajmują się nagrywaniem muzyki. W naszych rozmowach liczy się tylko wyposarzenie i urządzenia. A to tylko narzędzia. Ważna jest muzyka, a nie sprzęt na którym się ją tworzy. Lepiej wybrać świetnego wokalistę i kiepski mikrofon niż odwrotnie. Pytają mnie czy znam już sposób jak nagrywać. Zawsze odpowiadam – nie młody człowieku, nigdy nie wiadomo jak się to robi. Dobry producent wydobywa z zespołu wszystko co najlepsze i uczyni nagranie jeszcze lepszym, zły producent będzie robił swoją muzykę, przy pomocy zespołu, który nagrywa.

Nigdy nie wyprowadziłeś się z Olsztyna. Zostałeś nawet wtedy, gdy kusiły cię propozycje pracy w dużych studiach nagraniowych w kraju.

Mi się tu strasznie dobrze mieszka. Podoba mi się klimat i światło, jest dokładnie tak jak lubię. Wszyscy mi mówili, że duże pieniądze są w centrum, w dużych miastach. Ale dla mnie tworzenie muzyki nie wiąże się z robieniem pieniędzy. Duże ośrodki wysysają z człowieka wszystko, co wartościowe. Zwykle pracuję po sześć godzin, bo później, i ja i muzycy nic już nie słyszymy. Odpoczynek jest potrzebny, by od rana ze świeżą głową, wrócić do nagrań. Olsztyn nadaje się do tego doskonale.

Lubię to, co robię. Bardzo kręci mnie nagrywanie młodych zespołów, w których słyszę coś fajnego. Poświęcam im wtedy całą swoją energię i wiedzę, by utrwalić ich talent w nagraniach. Jest to bardziej wciągające od zarabiania wielkich pieniędzy. Po za tym pracuję w studio, które prawie sam zbudowałem od podstaw. To jest moje dziecko i na pewno go nie zostawię.

Wywiad ukazał się w Gazecie Olsztyńskiej.

5 KOMENTARZE

  1. Fajny wywiad, a i ciekawy fach. Sam szkoliłem się w szkole policealnej na kier. Realizacji Dźwięku i powiem szczerze, że jestem o tyle średnio zadowolony, o ile niemal niczego mnie tam nie nauczyli. Niestety, ale taki fach musi być pasją i najlepiej sprawdzają się w nim samoucy, dlatego tym bardziej podziwiam każdego, kto jest w tym dobry.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge