Kiedy widzę pana w studiu, gdy nagrywa Pan nową płytę Starego Dobrego Małżeństwa, to myślę sobie, że jest Pan szczęściarzem mając taką pracę.

Krzysztof Myszkowski: To nie jest praca, to jest coś więcej, to jest pasja. Dlatego mam uśmiech na twarzy, bo jestem w środku procesu twórczego i on już nabiera konkretnych rumieńców. Oczywiście ten moment poprzedza orka na ugorze, czyli wymyślanie wszystkiego po kolei. Pierwszym pytaniem, które sobie zadaję zanim zacznę tworzyć cokolwiek, jest „o czym to będzie?”. Dopiero potem idą następne: „z kim i jak?”. Muszę się zmierzyć ze słowem, dźwiękiem i melodią. Dopiero później wchodzę do studia.

W jaki sposób Pan tworzy?

Dużo notuję i myślę. Rozmawiam też z bliskimi mi osobami na tematy, które mnie rzeczywiście nurtują. Najczęściej są to jakieś bolesne sprawy, to co mnie drażni, rzadziej to co mnie cieszy. Na obecnym etapie mojego życia mało jest spraw, które mnie cieszą, więcej mnie zastanawia bądź bulwersuje i martwi.

Czy to są fragmenty wierszy, tekstów piosenek?

Nie, nie piszę wierszy. To są zapisy myśli, czasami cudzych. To z czym się spotykam, co przeczytam, zobaczę i co mi się przyśni. Proste rzeczy.

I co Pan z nimi robi?

Nic nie robię, to sobie jest. Natomiast, gdy gram na gitarze i mi się jakaś fraza pojawi, to mam taką zdolność, że wiem do jakich słów tę muzyczną frazę mogę przypasować. I albo się udaje od razu, albo daję sobie spokój.

W swoich tekstach mówi Pan czasami o ciemnej stronie życia. To trochę tworzy kontrast do łagodnego charakteru muzyki, która im towarzyszy.

Cały czas uważam, że jest to poezja nadziei, więc nie trzeba muzyce nadawać jakiś karykaturalnych, przesterowanych, brudnych form żeby wydobyć treści, które mam na myśli. Ja śpiewam o wartościach podstawowych, to nie są mroczne rzeczy. One mogą być mroczne dla tych, którzy są na bakier z tymi wartościami. Chociaż są to rzeczy refleksyjne a refleksja może być ozdrowieńcza i ożywcza. Zmuszam siebie a pośrednio i innych, by siebie zmieniać.

Siebie czy słuchacza?

To jest w gestii słuchacza, ja na to już nie mam wpływu. Nigdy nie myślę o tym, jak zareaguje słuchacz tylko staram się wydobywać to co we mnie siedzi.

A w jaki sposób zachodzi w Panu zmiana?

Jest to rodzaj psychoterapii. Nie wszyscy twórcy tworzą tylko dla pieniędzy. Są tacy, którzy tworzą realizując swoje samooczyszczenie, nie wiem jak to inaczej nazwać. Sztuka spełnia taką psychoterapeutyczną funkcję, dzięki której się uspakajam, godzę się ze światem, z ludźmi i z samym sobą.

Na długo Panu to starcza?

Cały czas to robię, dlatego między innymi tak często nagrywam. Mam dużo w sobie niepokojów, to z wiekiem przychodzi.

Czyli był Pan pogodniejszy jak był młodszy?

Każdy jest pogodniejszy w młodości… chyba.

Czy są artyści, którzy robią na Panu wrażenie?

Każdy ma w swoim życiu takich artystów, ale staram się nie „podbierać” od nich żadnych pomysłów, to jest niemądre. Nigdy nie chodziłem do szkoły muzycznej, uczyłem się podpatrując innych. To co umiem jest wypadkową tego co udało mi się przejąć od innych, poszerzoną o to co samemu udało mi się wypracować.

Czy jest u Pana jakaś granica między sztuką a życiem?

Bogdan Loebl
Bogdan Loebl

Nie mam podziału na sztukę i życie prywatne. To się prawie zlewa w jedną całość. Całe życie jestem w drodze. Nie mam chwili na robienie sobie urlopu.

Nie mam wolnego. Kiedyś Bogdan Loebl, kiedy mnie poznał, powiedział mi: „słuchaj ty nie odpoczywasz, inżynier czy księgowa o szesnastej zamyka biuro, wychodzi do domu i nie myśli o tym, a ty nie przestajesz”. Nie mogę być od poniedziałku do piątku muzykiem a w sobotę mężem czy turystą.

Co Pan robi, kiedy traci Pan wenę?

Muszę uporać się z tym co mi ją zakłóca. Jak jest głowa zajęta problemami to nie ma poezji.

Ale poezja powstaje z problemów.

I być może ma to odbicie później. Jak człowiek jest chory to myśli o chorobie.

Pochodzi Pan ze Złocieńca, małej miejscowości koło Drawska Pomorskiego. Czy ten fakt mam dla Pana jakieś znaczenie?

Czuję pewien rodzaj resentymentu – wspomnienie dobrych czasów, kiedy przed człowiekiem jest całe życie i za nic nie odpowiada. Ja mieszkałem tam do osiemnastego roku życia, czyli w beztroskim czasie.

Z drugiej strony start życiowy, na przykład do kariery muzycznej czy nauki, jest dużo trudniejszy z takiego miejsca. W latach mojej młodości, czyli w latach siedemdziesiątych dostęp do kultury był bardzo ograniczony. Wiele rzeczy odbywały się w sferze mojej wyobraźni a nie dosłownie.

Czy konieczność użycia wyobraźni miało wpływ na Pana życie?

Olbrzymie. Nie wiedziałem jak wyglądają moi idole, których słuchałem w radiu. Musiałem ich sobie wyobrazić. Musiałem sobie wszystko dorobić, ich twórczą martyrologię czy biografię. I to jest bezcenne, bo dzisiaj każdy klika w internet i widzi ile artysta ma zmarszczek, ile żon, ile psów i samochodów.

W sztuce wyobraźnia jest drugim najważniejszym składnikiem, zaraz po wrażliwości. Do tego stopnia, że to właśnie bezludna wyspa powinna być oazą artystów a nie duże miasto. Teraz nagrywamy piosenki a nasz gitarzysta pewne muzyczne rzeczy wyczarował w hotelu, w pokoju dwa na dwa metry. Niekoniecznie udałoby mu się to w bardziej komfortowych warunkach. Każdy stwarza swój mikrokosmos w którym funkcjonuje i im mniej jest on dosłowny tym więcej w nim powstaje.

Trzeba dużo odwagi żeby pokazywać ludziom swoje emocje i przemyślenia. Co trzeba w sobie zmienić by mieć na to siłę?

Wchodzimy w nowe role społeczne. Gdy byłem dzieckiem śpiewanie było dla mnie niemęskim i wstydliwym zajęciem. W chwili kiedy odkryłem w sobie, że muzyka jest moją pasją, wszedłem w nową rolę, człowieka, który przełamuje zahamowania, lęki i obsesje i wychodzi przed ludzi. I w tym wycinku czasowym, kiedy stoję na scenie, jestem we właściwym miejscu i w idealnym wcieleniu. Natomiast nadal odrzucam wszelkie inne formy funkcjonowania, jako człowiek publiczny po występie. Żadne telewizje śniadaniowe nie wchodzą w rachubę. Resztę czasu „przed” i „po” zachowuję dla siebie.

Wojciech Belon
Wojciech Belon

Moja kariera jest kwestią po trosze szczęścia, a po trosze osób, które dały mi szansę. Taką osobą był Wojciech Belon z Wolnej Grupy Bukowiny, który postawił na mnie. Kiedy się spotkaliśmy, nic jeszcze nie umiałem, ale on „to coś” zauważył we mnie i zaprosił na FAMĘ do Świnoujścia. Dzięki temu mieliśmy szansę debiutu scenicznego w towarzystwie ówczesnych wielkich gwiazd. Udzielił mi też parę męskich porad życiowych, które pielęgnuję w sobie do dzisiaj, traktując Wojtka jako mentora i przyjaciela. I zawsze będę jego dłużnikiem.

Spotkania z takimi osobami to szczęśliwy przypadek, który decyduje o tym, że człowiek idzie w tę stronę a nie inną.

Pojechałem na FAMĘ, grałem obok Dżemu i Martyny Jakubowicz a nie umiałem prawie grać. To był dla mnie skok do basenu na główkę bez wody, ale pasja i chęć przeżycia niezwykłej przygody były silniejsze od wszystkich moich oporów. Później oczywiście odchorowałem wszystko, bo to było bardzo silne przeżycie. Ale jak się ma mentora, który nie traktuje ciebie jak idiotę, ale wierzy w to co robisz, to jest szansa powodzenia.

Martyna Jakubowicz
Martyna Jakubowicz

Jaka jest cena wrażliwości?

Wrażliwość to jest młyński kamień, który trzeba nieść. Jeżeli ktoś widzi we wrażliwości tylko i wyłącznie paliwo do sztuki to jest w

błędzie. To tylko wisienka na torcie. Dla nas to wielki ciężar, który trzeba dźwigać. Sprawy, które dla przeciętnie wrażliwych ludzi są nieistotne lub prozaiczne innym urastają do rangi poważnego problemu.

Czy można mieć tego dosyć?

To tak jakby mnie zapytać czy ja mam dość życia. To jest pewna składowa mojej osobowości, temperamentu, pomyślunku i empatii. Czasami z tego powodu pojawia się cierpienie, ale bez przesady. Ja szybko odpuszczam, nawet jak ktoś mi krzywdę zrobi.

Skąd się według Pana bierze wrażliwość?

Myślę, że nabywamy ją w okresie dziecięcym, kiedy rodzice i środowisko zapełnia nam naszą podświadomość. I to bez naszego udziału. Dopiero później, kiedy sami zaczynamy kojarzyć i myśleć, ta wrażliwość z nas „wyłazi”.

Czy w Pana procesie twórczym natura odgrywa jakaś rolę?

Nie przeceniałbym tego. Żyję w zmieniającym się pejzażu. Cały czas jestem w drodze. Nie jestem przyspawany do jakiejś Małej Ojczyzny.

A czym dla Pana jest bycie w drodze, ucieczką?

Na pewno nie. Powiem tak – szeroko rozumiane szczęście nie jest drogą do czegokolwiek tylko jest samą drogą. Nie chodzi o to żeby złapać króliczka tylko go gonić.

Ma Pan taki zawód, który w gruncie rzeczy polega na stałym ocenianiu przez kogoś tego, co Pan robi. Jak Pan sobie radzi, opierając karierę na opinii innych?

Jest jasna i ciemna strona tego zawodu. Zawsze jest pytanie czy ludzie przyjdą na koncert i trzeba zrobić wszystko żeby znowu przyszli. Jak przyjdą ta już nie mogę pozwolić sobie na taryfę ulgową. Nie ma możliwości bym miał gorszy dzień. Nie mogę wywiesić karteczki na drzwiach biura „Poszedłem na zastrzyk”. Od wejścia na scenę do zejścia z niej jest walka.

A czy w związku z tym nie pokusy by pójść na kompromis?

Nigdy nie tworzę repertuaru pod publikę, on zawsze jest dla mnie. Cała sztuka polega na zainteresowaniu odbiorcy tym, co sam chcę zaprezentować. Nie będę się podlizywał, grał stare kawałki, tańczył i puszczał ogień z pięty.

Publiczność jest egoistyczna, przychodzi na koncert i chce dostać to czego oczekuje. Wtedy powstaje pewnego rodzaju napięcie – Wy chcecie to, ja chcę tamto. Ważny jest dialog z odbiorcą, stworzenia proporcji między naszymi oczekiwaniami. Ale żadnych kompromisów, ja nie znoszę tego słowa. Nie ma też wstydu, gdy gram swoje stare piosenki, bo to jest moje dziedzictwo. Ale zwykle to jest nie więcej niż jedna trzecia koncertu.

Metaforycznie ujmując, nie znoszę widoku pięćdziesięciolatka w krótkich gaciach. Trzeba dorosnąć i dojrzeć. I przekonać swoją publiczność do tego sposobu myślenia, który teraz jest mi niezbędny do życia.

Czy miał Pan propozycje w swojej karierze, które mogłyby przynieść wiele korzyści, jednak kosztem swobody artystycznej?

Nigdy czegoś takiego bym nie zrobił. Nigdy bym nie poszedł na żaden układ by więcej zarobić. Nie ma takiej opcji. Nie gram żadnych „eventów”. Choć dla korporacji pieniądze nie grają roli. I proszę mi wierzyć, ja gram za małe pieniądze.

A zespół lub rodzina nigdy nie mieli o to pretensji?

Nie mam rodziny. A jeśli chodzi o zespół to trzeba ich zapytać. W tym fachu mamy finansowe widełki. Są artyści, którzy zarabiają niezasłużenie dużo, ogromne pieniądze za wątpliwej jakości produkt. Są też artyści, którzy zarabiają ogromne pieniądze za wielką sztukę. I są też wielcy artyści, którzy przymierają głodem i marni artyści, którzy również przymierają głodem.

Wszystko zależy od oczekiwań. Jak ktoś uwielbia luksus, to zawsze będzie płakał. Przymierający głodem zresztą też. To jest kwestia znalezienia złotego środka.

Ja zawsze równo się dzielę ze wszystkimi, z muzykami i personelem. Mam tyle samo do stracenia i zyskania co pozostali członkowie zespołu. Myślę, że dzisiaj taki model funkcjonowania zespołu to rzadkość.

Czego Pan dzisiaj szuka w sztuce?

Ja już specjalnie nie szukam. Bo wszystko co ważne, swoich mistrzów, znajduje się za młodu. Później to już się tylko czeka na ich kolejne dzieła. Akurat moi mistrzowie to teraz lawinowo wymierają.

Nie szukam niczego w sztuce młodych, bo żaden piernik nie będzie szukał dla siebie czegoś odkrywczego w twórczości dwudziestolatka, bo tego nie znajdzie.

Bob Dylan
Bob Dylan

Nie śpiewają o Pana sprawach?

Nawet nie chodzi o sprawy tylko o formę. Moja babcia wychowana na Foggu czy Połomskim nie zwracała uwagi na muzykę, którą ja słuchałem, czyli na przykład Dylana i Beatlesów. Tak samo ja nie odnajduje się we współczesnej muzyce młodzieżowej. Jest to klasyczny konflikt pokoleń.

A jakby Pan zdefiniował słowo „artysta”?

Dla to są ludzie, którzy kreują pewien swój świat. Otwierają swoje „furtki”. Często to osoby, które swoje sztuce poświęcają całe życie. Mam takiego kolegę bluesmana, któremu zawsze powtarzam – „musisz na coś postawić, nie możesz być bluesmanem z soboty na niedzielę, a od poniedziałku kimś innym.”

To są bardzo trudne, życiowe wybory. Cały czas chodzę po cienkim lodzie i nie wiem co mnie czeka.

I to może być puenta naszej rozmowy – nie wiem co mnie czeka i nikt tego nie będzie wiedział, kto zajmuje się taką mordęgą – sztuką.

Olsztyn, 15 stycznia 2015

Posłuchaj Krzysztofa Myszkowskiego tutaj.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge