joszua

Dłoń kobiety delikatnie przemywała poranione ciało. Pomarszczone i powyginane ze starości palce, przyzwyczajone do dawania przyjemności, przynosiły ulgę. Teressa była osiemdziesięcioletnią prostytutką, którą przez przypadek nie zjedzono. Mieszkańcy Anhedonii, wyspy ze śmieci, znając jej przeszłość, bali się chorób, które kwitły w jej ciele. Mieszkała w szałasie z odpadków, przy świeczce dożywając swych dni. Na jej barłogu umierał mężczyzna.

Ze szmaty do wiadra ściekały krew i kał. Ci, którzy bili, pozostawili na ciele mężczyzny swoje odchody. Teressa nie czuła odrazy, doskonale poznała naturę ludzi, przez lata poddając się ich wyuzdanej chuci. Jej ciało już dawno odłączyło się od duszy, stając się tylko namacalną formą jej istnienia.

Znalazła ich niedaleko stąd. Najpierw natknęła się na dziewczynę, tak brutalnie okaleczoną, że dobrze, że już nie żyła. Obok niej w miazdze zakrwawionego mięsa rozpoznała mężczyznę, którego zaciągnęła do szałasu.

– Dziecino leż, no leż spokojnie – mówiła, gdy przez ciało przechodziły skurcze – ból minie, jeszcze trzeba ci pożyć. Czasami w życiu Teressy pojawiały się dzieci, poczęte przez nieuwagę lub przypadek. Gdy przychodziły na świat, oddawała je szybko, by móc dalej pracować. Teraz jej dzieckiem był chudy, brodaty mężczyzna z włosami do ramion, z trudnymi do rozpoznania rysami twarzy. Bezbronny jak różowe maleństwa, które rodziła na śmietniku.

– Nazwę cię Joszua – mówiła głaszcząc go po włosach – jak mój pierwszy…

Pod przymkniętymi powiekami oczy wciąż uciekały przed prześladowcami. Ledwie kropla życia karmiła jego duszę.

Jednak zamalowane krwią oko otworzyło się na świat żywych.

– Za co tak cię pobili? – zapytała później staruszka, karmiąc Joszuę.

– Podsłuchałem rozmowę. Plastik z której zbudowana jest wyspa, starzeje się i pęka. Niedługo możemy stracić cypel.

– Przecież tu mieszkają ludzie! My tu mieszkamy!

– Tak, wszyscy biedacy tu mieszkają. Trzymają to w tajemnicy, bo trzeba by było ich przenieść do bogatszej części wyspy. A nikt nie chce biedy u siebie.

– I dlatego cię pobili? I jeszcze tę dziewczynę…

– Nie, to nie bogacze – Joszua zamknął oko, był jeszcze bardzo słaby – to biedacy chcieli mnie zabić.

– Biedacy? Przecież chciałeś ich ratować.

– Ta dziewczyna miała na imię Dagne. Była żebraczką, jak wszyscy tutaj. Ona mnie tu wprowadziła. Dzięki niej mogłem was uprzedzić.

– To dlaczego pobili ją na śmierć?

– Nikt mi nie uwierzył. Uznali, że chcę ich pozbawić szałasów i ziemi. Że próbuję zabrać im wszystko co mają.

– Przecież i tak to stracą!

– Woleli mnie zabić niż w to uwierzyć.

– A co z Dagne?

– Zrobili to ze złości, że nie stała po ich stronie. Że mi uwierzyła. A w końcu, że…

– Była kobietą?

– Tak, bo one nie są od myślenia, je się tylko je.

Wiatr rozwiewał długie włosy Joszui, zakrywając mu twarz. Wciąż podpierał się kijem by móc chodzić, ale jego spacery stawały się coraz dłuższe. Lubił brzeg wyspy, gdzie morze wyrzucało ptasie pióra. Zbierał je i segregował według wielkości.

– Kim jestem mamo? – pytał, ale staruszka nigdy nie odpowiadała. Mózg Joszui nie działał jeszcze prawidłowo. Czasem pozbawiał go wspomnień.

– Dlaczego mnie boli? Dlaczego nie mam twarzy?

– Każdego coś boli, spójrz na mnie, nie widzę na jedno oko, nie zrobię więcej niż dziesięć kroków. A ty niedługo będziesz zdrowy.

Joszua milczał, przyglądając się ptakom na niebie.

– Czy ja jestem ptakiem?

– Ptakiem?

– Czy mogę latać?

– Nie odlatuj ode mnie za wcześnie, kochany! – śmiała się staruszka.

Joszua wygrzebał ze sterty śmieci kawałek szkła. Wbił go sobie głęboko w przegub dłoni aż łzy zmieszały się z krwią. Po chwili zrobił dziurę w stopie. W ciągu kilku następnych dni krwawe nacięcia pokryły jego ciało.

Dwóch mężczyzn w długich czarnych foliowych workach stanęło przed szałasem. Byli funkcjonariuszami, reprezentowali prawo Anhedonii. Budzili respekt, bo z folii łatwo zmywa się krew. W oddali przypominali duże czarne ptaki.

Jeden z nich wyciągnął przed siebie szpicę zakończoną uchwytem. Świetnie dopasowanym do każdego gardła na wyspie.

– Podobno ktoś u ciebie mieszka? – zapytał drugi funkcjonariusz. Staruszka nie mogąc złapać powietrza potwierdziła mrugnięciem powiek.

– Taka stara baba, a jeszcze jej się zachciewa – zarechotał ten, który trzymał ją za gardło.

– Puść ją, bo nam jeszcze zdechnie przed przesłuchaniem.

– Nie szkoda, nie szkoda… – funkcjonariusz niechętnie uwolnił zacisk.

W wejściu stanął nagi Joszua. W dziesiątkach nacięć tkwiły teraz ptasie pióra. Niektóre z nich już zrastały się z ciałem.

– Jesteście aresztowani, ty za morderstwo, a ty za pomoc w ukryciu sprawcy.

– Jestem niewinna – szeptała Teressa – jestem niewinna!

– Jeszcze będziesz miała czas się tłumaczyć starucho – powiedział funkcjonariusz i za włosy podniósł ją na nogi.

Tłum gapiów stojących wzdłuż drogi krzyczał z radości. Ludzie trzymali w rękach kije, którymi wygrażali lub tłukli o ziemię. W końcu zza zakrętu wyłonił się, oczekiwany przez wszystkich, wóz z klatką ciągnięty przez prostytutkę Teressę.

Dzień Sądu, był świętem dla mieszkańców Anhedonii. Od rana urządzano przesłuchania a popołudniu miano wykonywać wyroki. Ludzie zbierali się wokół placu. Każdy przyniósł ze sobą pakunki z ohydą. Mieli prawo rzucać nimi w oskarżonych. Co chwila kał, flegma i inne okropności lądowały na ich brudnych głowach. Celne trafienie nagradzane było owacjami i drobną sumą pieniędzy od władz wyspy.

Przed przesłuchaniem oskarżony musiał zjeść sproszkowany materiał wybuchowy, który osadzał się w jelitach. Podczas rozprawy sędzia tylko raz pytał o winę. Można się było bronić a dowodem na niewinność było wypicie płynu z losowo wybranego kielicha. Najczęściej znajdował się w nim chemiczny zapalnik detonujący bombę w ciele oskarżonego. Jednak czasami zamiast zapalnika była zwykła woda. Wtedy nie działo się nic.

Z kielichem oskarżony musiał udać się na środek placu, krzyknąć w niebo „jestem niewinny!” i wypić do dna. Jeśli w ciągu dwudziestu sekund nic się nie wydarzyło, był wolny.

Pięciu mężczyzn stało już w kolejce. Joszua i Mortimer Fink przyglądali się jak mężczyzna przed nimi, długo zastanawiał się na wyborem kielicha. W końcu brutalnie ponaglany, zdecydował i podreptał na środek placu. Wypił płyn i podnosząc ku niebu ręce wrzasnął „jestem niewinny!”. Siła wybuchu rozerwała jego wnętrzności, ochlapując pierwsze rzędy gapiów. Tłum wrzeszczał w ekstazie.

Ciało kolejnego oskarżonego również dosięgło widowni. Wszyscy jak zahipnotyzowani przyglądali się toczącej się po placu głowie.

– To mój drugi proces – krzyknął trzeci mężczyzna – żeby was szlag trafił! – zwrócił się do publiczności i po czym długimi łykami opróżnił kielich. Tym razem wybuch był tak potężny, że fala uderzeniowa dotarła do widowni. Nie obeszło się bez ofiar.

– Dziś sprawiedliwość ujawniła przed nami swe prawdziwe oblicze! – sędzia krzykiem próbował uspokoić przerażony tłum – kara nie ominęła tych, którzy na nią zasłużyli. Zginęli też ci, których winy nie zdążyliśmy jeszcze poznać. Ramię sprawiedliwości wyprzedziło nas w swojej mądrości. Strzeżcie się grzechu! Jutro dokończymy nasze przesłuchanie!

Joszua nie słuchał sędziego. Każdy ruch jego ciała wywoływał szelest piór. Ten dźwięk sprawiał mu przyjemność.

– Ludzie nie mogą sądzić ptaków! – powiedział.

– Jesteś ptakiem? – zapytał Mortimer Fink.

– Jutro już tu mnie nie będzie.

– Tak, bo rano umrzesz…

Joszua uśmiechnął się do Mortimera. Jego skrzydła były gotowe do lotu.

Dzień zapowiadał się pięknie. Ożywcza bryza znad morza unosiła śmieci, które tańczyły wśród widowni na placu.

Rozpoczynał się drugi dzień święta, podczas którego miano osądzić i skazać Joszuę i Mortimera Finka. Oskarżeni już zastanawiali się nad wyborem kielicha. Tłum się niecierpliwił. Joszua rozpostarł szeroko ramiona i spojrzał w stronę widowni. Uniósł wszystkie naczynia.

– Idziesz ze mną, Mortimerze? – zapytał Joszua. Fink przecząco pokręcił głową.

Joszua na chwiejnych nogach wszedł na środek placu.

– Jestem winny! I biorę też waszą winę na siebie! – krzyknął, opróżniając kolejne kielichy. Tłum ucichł w oczekiwaniu na wybuch. Joszua podniósł ostatni kielich do ust. Pił powoli, cierpliwie.

– Oszustwo – wrzasnął ktoś z tłumu, rozczarowany widowiskiem. Po widowni przeszedł pomruk niezadowolenia.

– Co wy robicie ludziom na wyspie? – krzyknął Joszua, a jego pióra błyszczały w słońcu – pozwalacie im umrzeć. Bogaci nie kochają ludzi!

– To tylko biedacy! Śmiecie!

– Zbliża się nasz koniec. Uwierzcie mi, albo… – nikt już nie słuchał Joszui, bo widownię ogarną gniew.

– Spooookój! – wrzasnął sędzia, lecz nikt go nie słuchał – spokój!

Po raz kolejny święto kończyło się krwawo i znów ludzie tracili życie.

– Za zamach na spokój naszej wyspy, za podnoszenie ręki na naszą ojczyznę – sędzia z nienawiścią zwrócił się do Joszui – osądzimy cię jeszcze raz.

Wóz ciągnięty przez Teressę zbliżał się do tłumu. Staruszka ledwie powłóczyła nogami. Ciągnęła Joszuę zamkniętego w metalowej klatce. Opadała już z sił. Dzięki temu ludzie zebrani wzdłuż drogi będą mieli czas dobrze wymierzyć cios i mieć pewność, że kij dosięgnie skazanego. Za wozem ścieliły się pióra, które teraz, w popołudniowym słońcu, mieniły się czerwienią.

Mortimer Fink nie eksplodował. Zdał sobie jednak sprawę, że istnieje na świecie jakaś substancja, która uruchomi w nim bombę. Cokolwiek zje, wypije, albo gdy głębiej zaciągnie się powietrzem, w końcu spowoduje detonację.

Mając świadomość, że w każdej chwili wszystko może się skończyć, Mortimer już nigdy nikogo nie pokochał i o niczym nie marzył. Wiele kobiet go pragnęło, bo nie mogły się oprzeć mężczyźnie, który ich nie adorował. Doszedł też do wielkiego bogactwa, bo nie bał się zaryzykować fortuny. Nauczył się nie chcieć i nic nie było dość istotne.

Dzięki temu mógł wszystko.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge