jazgarz

Rybacy ze wsi Małe Grozy wyłowili z jeziora szkielet konia. Jego żebra przypominały wręgi starej łodzi. Kości lśniły w słońcu srebrem i złotem zadzierzgniętych blach na szczupaki i okonie.

W pysku zwierzęcia był coś jeszcze. Blaszane pudełko z kartką w środku, na której napisano:

„Jak kogucik na wietrze

Tak we wszystkie strony

Ciemności się obracam.

W podmuchach zimnego wiatru

Wypatruję bez końca

Światła nadchodzącego dnia.”

***

Twarz księdza Łukasza przypominała woskowe facjaty świętych. Wysoko uniesione brwi z niedowierzania drżały a powieki mogłyby być związane drutem, byle tylko nie widzieć rozmówcy.

Marceli Jazgarz spowiadał się cierpliwie. Wyliczał księdzu o jakie krzywdy dla ludzi modlił się do Boga.

Łukaszowi zdawało się, że zamiast słów słyszy popiskiwanie zagonionego w kąt szczura, gotowego w każdej chwili odgryźć człowiekowi palec.

– Karol Macięga sprzedał mi za drogo konia…

– Przecież nie musiałeś kupować Jazgarzu, jak było za drogo.

– Ale to piękny koń, skóra mu się tak błyszczała…

– No to się ciesz.

– Ale za drogo!

– Bardzo przepłaciłeś?

– Śmiał się ze mnie, wiedział, że i tak kupię…

– I co zrobiłeś?

– Modliłem się całą noc, aż nie mogłem wstać. Poczekamy na Karola, poczekamy… Już Pan Bóg wie co mu dobrego zrobić!

Ksiądz Łukasz pozagryzał wszystkie słowa, bo nie mógł się nadziwić, że Bóg lubił słuchać tego człowieka.

Ciemność listopadowych nocy na Warmii przypomina kwas, który wszystko rozpuszcza. Czas i pamięć kurczą się do postaci kropel woskowej świecy. Tu każdy jest ostatnim człowiekiem na Ziemi.

Tylko jezioro broni się siwizną tafli, ledwo odcinając się od wszechogarniającej czerni.

Ludzi już nie ma. Ich dusze świecą czerwonymi ognikami palących się papierosów. Nikt nie podnosi głosu, można co najwyżej szeptać.

– Jak coś mi się stanie, to z Jazgarzem musi być koniec.

– A co ma ci się stać?

– Nie wiem, ale jak się Jazgarz pomodli to się zdarzy na pewno.

– No, Więckiewiczom wszystko pogniło.

– Widzisz.

– Zaremby też nie miały lepiej.

– Dobrze, że się sukinsyn tak głośno modli.

– Karol? Jazgarz wspominał coś o tobie?

– A żeby go szlag… podobno ma żal, że mu konia za drogo sprzedałem.

– Boisz się?

– Ja jestem Karol Macięga, ja się niczego nie boję. Ale jakby coś, …to z Jazgarzem musi być koniec.

Rzucone ogniki zakreśliły w powietrzu czerwony łuk. Po chwili ciemność połknęła ostatnie źródło światła.

Do chałupy Jazgarza szło się przez pole. Od lat nic na nim nie rosło, bo w sierpniu i wrześniu biły w tę ziemię gwiazdy, znacząc powierzchnię niegojącymi się bliznami. Przy każdym uderzeniu wylatywały w powietrze tumany piachu. Zanurzone do połowy w ziemi, olbrzymie kule z białego światła gasły z sykiem, z wolna zamieniając się w kamienie. Ciężko było później znaleźć tu drogę.

Z ciemności wyłaniał się kontur chałupy, z jednym tylko rozświetlonym oknem. Widać przez nie było modlącego się Jazgarza.

– Czy możesz wysłuchać mnie Panie, małej prośby człowieka, którego nie ma, człowieka zwierzęcia, który skomle przed Tobą o odrobinę łaski? – po twarzy Jazgarza płynęły łzy – skrzywdzono mnie, a Ty odwracasz się ode mnie. Jestem jak pleśń na skórce jabłka, którą odcina się nożem, jak szczeniak utopiony w worku w rzece. Nie proszę nawet byś mnie kochał, nie, ja tylko błagam cię aby stało się zadość, żeby już żaden człowiek nie skrzywdził drugiego człowieka, tak jak mnie skrzywdzono. – Pukanie do drzwi uwięziły w gardle słowa modlitwy.

W drzwiach stała kobieta. Jazgarz długo zastanawiał się co zrobić z takim gościem. W życiu jeszcze nikt go nie odwiedził.

– To ty się nazywasz Karolina?

– Po co pytasz? Przecież znasz nas wszystkich. – Odpowiedziała odpychając Jazgarza i wchodząc do środka.

Ciało Karoliny lśniło kroplami wody. Zgarniała je gąbką przyciskając do nagiego brzucha. Woda spływała dalej po podbrzuszu i udach aż do metalowej miednicy w której stała. Oczy Jazgarza śledziły te strumienie, nie pominąwszy w swej pamięci żadnej z dróg.

– Usiądź – odezwał się Jazgarz – nie wycieraj się.

Kobieta rozsiadła się na krześle, bez wstydu rozchylając uda. Mężczyzna nie odrywał wzroku od zarośniętego krocza, w którym połyskiwały różowe języki. Zawilgocone, poruszały się w jakimś własnym wewnętrznym drganiu.

– Czy teraz obiecasz mi, że pomodlisz się za mojego męża? – zapytała Karolina. Jazgarz bez słowa pokiwał głową.

Kiedy został sam, znów pogrążył się w modlitwie. Słowa nabierały siły i rozpędu. Jak krople spływające do metalowej miednicy.

Kruki pierwsze wypatrzyły wypadek na drodze. Ksiądz Łukasz, który był wśród nich, jeszcze w locie zaczął przemieniać się w człowieka. Spieszył się bardzo. Z ciała Karola Macięgi już wylazła dusza. Dreptała wkoło, nie wiedząc jeszcze dokąd ma pójść. Próbował ją Łukasz wepchnąć z powrotem w ciało, ale przepływała mu przez palce. Karolina Macięga wciąż żyła, choć w jej głowie bulgotała czerwona dziura. Dwoma palcami zatykał ją ksiądz Łukasz, by nic z niej więcej nie wyciekło.

W pierwsze śniegi Jazgarz zabrał Karolinę do siebie. W jej pustej chałupie mieszkało już teraz tylko stado kruków. W Małych Grozach mówiono, że chciała śmierci męża bo kochała innego. Nikt jednak po wypadku nie odwiedził kobiety rośliny. Z jej ust zamiast pocałunków spływały teraz ślina i strzępki słów.

Co wieczór, Karolina należała tylko do Jazgarza. Pod mokrą gąbką jej ciało pokrywało się gęsią skórką. Ale oczy kobiety nie brały udziału w kąpieli.

Jazgarz wymyślił sobie, że nauczy Karolinę pisać. Kładł przed nią kartkę na stole i cierpliwie przytrzymywał ołówek w bezwładnej ręce. W uniesieniu nie wiedział, które słowa są jego a które jej.

Czarny atrament umysłu Karoliny powoli wypływał na papier. Zza pleców piszących przyglądała się Śmierć, śledząc koślawe litery.

Słowa Jazgarza świeciły w ciemnościach:

– Ja pies nie człowiek, nawóz ludzki, stoję przed Tobą Panie i błagam Cię o jeszcze jedną łaskę. Możesz mnie dręczyć, jak robiłeś to do tej pory. Możesz mi wbijać gwoździe w oczy, żebym więcej nie zobaczył słońca. Ale nie zabieraj mi Karoliny! – szeptał.

– Posłuchaj mnie tam na górze! Woła do ciebie pył i kurz. Wybierz pięciu ludzi i zabij ich. To powinno wystarczyć. Weź duszę Więckiewicza, niech spalą się Zaremby. Toporek z choroby już nie powinien wyjść. Cygarowi ja sam gardło poderżnę. Powiem komu trzeba to Zapałkę ubiją. Zgoda?, powiedz zgoda??? – Płacz odebrał mu zdolność mówienia.

Następnego dnia spod dłoni Jazgarza i Karoliny wyjrzały słowa:

Jak kogucik na wietrze

Tak we wszystkie strony

Ciemności się obracam…”

Szczęśliwy Marceli zachował tę kartkę w blaszanym pudełku po herbacie.

Wkrótce znalazł na stole takie zdanie:

– Pomodlisz się za mnie Jazgarzu?

***

Śnieg tańczył w górę i w dół. To migotał krwią, pomarańczą i żółcią, to znikał w ciemności, goniąc się w zapamiętaniu.

Tak łuna płonącej chałupy Jazgarza walczyła z warmińską ciemnością. Z ognia uciekały cienie, pełzając po zamarzniętej ziemi.

Z domu wybiegł Jazgarz z palącymi się włosami. Za nim, w powietrzu jak ptaki, unosiły się żarzące się kartki papieru. W stajni głośno rżał przerażony koń Macięgi.

Wśród huku walącego się budynku dusza Karoliny paliła się najjaśniejszym płomieniem.

– Z Jazgarzem musi być koniec – powiedziałem do siebie w ciemnościach patrząc na ogień – tak jak ci obiecałem, Karol…

Bez trudu zebrałem ludzi. Wszyscy baliśmy się modlitw Jazgarza. Teraz w ciemnościach, z nożami w rękach, kończyliśmy z Marcelim.

– Dlaczego mnie oszczędziłeś Panie? – szeptał Jazgarz biegnąc do stajni – źle wszystko zrozumiałeś. Ile trzeba cię prosić o to samo? Nie o tę śmierć chodziło. Coś ty zrobił z Karoliną… To ma być niby sprawiedliwe? Mnie chcesz zabić? Jazgarza?

Niespokojny koń nie dawał się osiodłać. Galopem wybiegł ze stodoły w ciemność.

Mróz zatrzymywał w locie płatki śniegu. Konie i ludzie, którzy gonili Jazgarza, zastygali w powietrzu na kształt kamiennych rzeźb.

Marceli oszukał nas wszystkich uciekając konno przez zamarznięte jezioro. Z zimna jego oczy zamieniły się w świecące w ciemności kryształy.

Koń, dawny koń Karola Macięgi, pośliznął się, zrzucając jeźdźca na lód. Z potrzaskanych kości ciekła krew. Próbował jeszcze Jazgarz zaciągnąć zwierzę na brzeg, zostawiając za sobą długi czerwony ślad. W końcu mróz odebrał mu wszystkie siły. Nie było innej rady jak rozciąć wciąż ciepły brzuch konia i przeczekać w nim do rana.

O świcie ruszył Jazgarz dalej. Nie miał teraz nic, nawet blaszanego pudełka i kartek papieru.

Modląc się do Pana układał nowe wiersze.

4 KOMENTARZE

  1. Twórczość z minionych lat po czasie nabiera innego znaczenia, inaczej na wszystko patrzymy przez co inaczej twórczość odbieramy. I to jest właśnie piękne.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge