idź, nazbieraj jabłek

Leciały żurawie przez pole, krzyczące,

Spotkały dziewczynę na śmierć idącą.

Nie płacz, dziewczę, nie płacz, nie rozmyślaj sobie,

Będzie Pan Bóg wiedział co robić tobie.

tradycyjny blues z Delty Mississippi*

 

Szczotka miękko pieściła głowę Soni. Brąz i złoto włosów mieszały się ze sobą, uwalniając zapach umierającego lata. Opadały na alabaster obojczyków, sięgając aż po sutki pełnych piersi. Lustro w aureoli pełgającej świeczki, wiedziało, kto jest najpiękniejszy na świecie.

Na ramieniu Soni, siedział Kosmaty. Jego długi język prawie dotykał jej ucha. Szeptał.

– Zabij się, wtedy zobaczą. Zabij się. Zostaw ich i jego, niech żałują, niech płaczą.

Myśli dziewczyny błądziły daleko. Unosiły się nad brzegiem ust, wilgotnych od wspomnień. Gdy pierwszy raz spotkali się nad rzeką. Gdy wziął ją za rękę. Gdy zadarł jej koszulę.

– Włóż najlepszą sukienkę, napchaj kamieni do kieszeni i rzuć się do wody – mówił Diabeł – niejedna taka lilia pływa w naszym jeziorze.

Nad drzwiami pokoju litościwy Jezus powieszony na krzyżu coraz wyraźniej odbijał się w lustrze. Wściekły Kusy zerwał się z ramienia dziewczyny. Stukot kopyta dobiegał z kuchni a później z sieni. Pobiegł do kulawego chłopaka, który głową w dół rzucił się do studni.

Małe Grozy, warmińska wieś na skraju lasu pogrążona była w dalekim śnie, gdy nocny ptak zapukał do okna dziewczyny. Wpuściła go z radością, jak zawsze, gdy Paweł zechciał ją odwiedzić. Odrzucał ją odór alkoholu, ale dłonie nie puszczały zdobyczy. Przywykła, rzadko kiedy przychodził trzeźwy. Kiedy w końcu nasycili się sobą, zasnął chrapiąc przeciągle z przepitego gardła.

Gorąca woda napuszczona do balii szybko zbrunatniała. Prosił ją jeszcze o wypranie jego rzeczy. Krew mieszała się z mydłem. Znów ktoś wszedł w drogę Pawłowi.

– Może to był zły człowiek? – myślała Sonia – może trzeba było go ukarać? Rozwieszone pranie skapywało na drewnianą podłogę.

Nie zawsze przychodził. Sonia nauczyła się nie czekać, choć serce po cichu skarżyło się gwiazdom, drzewom i ludziom. Ale w końcu którejś nocy znów drapanie w okno budziło ją ze snu.

Była mu potrzebna i uszczęśliwiało ją to. Jak wtedy, gdy chłopiec od Zarembów zdradził jej, że go szukają. Bo narobił długów i zamiast oddać, pobił wierzyciela. Oddała ostatnie pieniądze by dowiedzieć się, że z zemsty zakopali go żywcem w lesie. Łaskawe drzewa wskazały jej drogę. Do krwi zdartymi dłońmi, wykopała go z grobu. Żył jeszcze, choć usta miał wypełnione ziemią. Został wtedy u niej na dłużej.
Mówili jej, że ma kobietę i dziecko w sąsiedniej wsi. Nie wierzyła. Wolała w nocy wypatrywać czarnego ptaka.

A teraz szła przez wieś śpiewając:

„A na polu wiatry świszczą,

Na cmentarzu krzyże błyszczą,

A im dalej się wędruje,

Strach przejmuje, trupa czuję.”**

– A co to za piosenka? – zapytał Karol Macięga, gdy przechodziła koło jego domu.

– Jaka? Zwykła. Tak sobie śpiewam – odpowiedziała Sonia.

– Taka ładna dziewczyna a taka smutna – zaśmiał się Karol – może jabłek chcesz? Obrodziło tego roku.

– A chętnie, dziękuję panie Karolu!

– Idź, nazbieraj jabłek – powiedział Macięga, otwierając przed nią furtkę.

Sad wyglądał jak chusta, o której zawsze marzyła. Pomalowane jesiennym słońcem liście, kapały pożółkłą czerwienią. Zęby przegryzając twardą skórkę jabłka uwalniały soki, które obficie spływały po wargach aż po szyję. Nikt nie potrafił się oprzeć smakowi Warmii zamkniętym w miąższu owocu.

Sonia usłyszała cichy jęk. Coś poruszało się między drzewkami. Chciała zobaczyć, kto kocha się w trawie gniotąc opadłe jabłka.

Nagle kolory i zapachy zniknęły. Słońce, które zaszło za ołowianą chmurę, zaświeciło niebieskim światłem. Tam w sadzie, między drzewkami, Sonia znalazła swój grób.

Plecak, wyszywany kolorową włóczką, powoli wypełniał się kamieniami. Co chwilę przystawała, by podnieść kolejny. Ludzie ze wsi mijali ją bez słowa. Tylko Diabeł na swych krótkich nóżkach, wciąż podbiegał by dociążyć plecak. Tak, tylko on potrafił się martwić. I wiedział jak się leczy rany.

Nad ranem nic nie mąci tafli jeziora. Odbija się w nim wtedy cały świat. I twarz Soni, która się nad nim unosi. Ptaki odzywają się rzadko, niepewnie. Woda jest zimna, trzeba bardzo chcieć żeby się w niej zanurzyć. Ale nagiej Soni nic nie przeszkadza. Nawet ciężar plecaka po brzegi wypełnionego kamieniami. Jej kroki wzruszają wodę, fale biegną pod pobliskie trzciny. O tej porze dnia jeszcze nie ma nikogo na świecie.

Koniec

 

 

* To mistyfikacja. W rzeczywistości to piosenka warmińska. Tekst piosenki (tyt. „Dzisiaj Święty Marcin”) pochodzi z książki „Śpiewa wiatr od jezior” Maryny Okęckiej-Bromkowej z roku 1966. Może to nie blues, ale mógłby być, prawda?

** Tamże, tyt. „Skąd powracasz, Lub, Droga”.

Do napisania tego tekstu trochę zainspirowała mnie ta dobra piosenka.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge