bóg

Darkowi Naworskiemu

Światło pochodni ledwie tylko oświetlało sylwetkę Rigamonttiego. W żółtym, pełgającym świetle jego broda i połyskujące zęby nadawały mu wygląd wielkiego, groźnego wilka. Z wyczuwalną ironią próbował zniechęcić Mortimera Finka.

– Nie idź tam. Poczekaj na wynik, może ci się uda.

– Zapłaciłem ci. Rób swoje! – Fink nie dawał się przekonać. Za ścianą świątyni śpiew stawał się coraz głośniejszy. Za chwilę zacznie się uroczystość.

Od lat na Anhedonii, wyspy ze śmieci, rządy sprawował Wielki Mona. Dzięki niemu interesy szły dobrze, zamówienie goniło zamówienie a życie było przyjemne i pełne wrażeń. Głównym zajęciem Wielkiego Mony było podejmowanie decyzji. Wskazywał kto mógł zostać mieszkańcem Anhedonii, wydawał wyroki śmierci albo wybierał kobiety do orgii. Był też ostateczną instancją w sporach i każdy musiał podporządkować się wyrokom Mony.

Nikt nie słyszał jego głosu. Kto pragnął odpowiedzi, podczas uroczystości podsuwał dwie tabliczki – z pragnieniem i antypragnieniem. Mona wskazywał którąś z nich i taka była jego wola.

Dzisiaj wieczorem również Mortimer Fink miał pokazać swoje tabliczki.

Na umówiony znak wbito w uszy przestępców długie słomki. Ich wrzask połączył się w jeden skowyt, który przypominał powitalne trąby. Rozpoczęto uroczystość. W drzwiach świątyni pojawił Wielki Mona. Na twarzy miał maskę, uszytą ze skór poległych w zawodach sportowych. Mona był wielkim mężczyzną, ze sporych rozmiarów brzuchem. Jego półnagie ciało ozdabiały tatuaże, przedstawiające zdarzenia z historii wyspy. Rytmicznie przestępując z nogę na nogę, zbliżył się do stosu tabliczek. Mona wskazywał a ludzie w tłumie płakali lub bili brawo. Jednym podrzynano gardła a inni całowali się w usta ze szczęścia.

Fink podążał za Rigamonttim. W ciemności korytarzy natrafili na jasno oświetlone pomieszczenie. To tu przebywał Mona przed wyjściem do publiczności. Właśnie skończył kolejny występ. Niezdarnym krokiem wszedł do środka. Kapłani pomogli mu ściągnąć skórzaną maskę. Teraz Fink mógł zobaczyć twarz   Mony. Jego niewidzące oczy nieprzytomnie wodziły po sklepieniu. Z otwartych ust sączyła się ślina. Ten upośledzony umysłowo mężczyzna nie posiadał żadnych uczuć i myśli.

– Masz swojego Boga! – wyszeptał Rigamontti do ucha Mortimera Finka.

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge