anhedonia

Najpierw na horyzoncie pojawił się cień, który jeszcze mógł być złudzeniem. Gdy z mgły wyłoniły się kontury, Mortimer Fink miał już pewność, że widzi przed sobą ląd. Na środku oceanu, trafił na pływającą wyspę powstałą ze śmieci, jakie wypluwały z siebie cywilizacje. Z resztek drewnianych fregat, kadłubów parowców, samolotów pasażerskich i samochodowych opon powstał stały ląd.
Fink z radością ujrzał ludzi. Od wielu dni dane mu było pić tylko deszczówkę. Teraz miał szansę na wybawienie.
Wyspę zamieszkali ludzie, których życiorysy przypominały śmieci, z których powstała. Odrzuceni przez społeczeństwa i rodziny, odnaleźli dom na środku bezkresnej wody. Ustanowili nowe prawa. Nie brakowało ludzi wykształconych i oczytanych. Prawdopodobnie to oni wymyślili nazwę wyspy, którą nazywano Anhedonią.

– Czy mamy cię zjeść człowieku, czy posiadasz coś, co może nam się przydać? – zapytał siwobrody grubas, którego nazywano Rigamontti. Po dwóch dniach siedzenia w klatce, Mortimer został przywleczony na coś w rodzaju sądu, który miał zdecydować o przyszłości Finka.
– Mogę pracować – wyszeptał Mortimer.
– Tu nie ma pracy – powiedział grubas – chcesz orać plastik? Przydasz się nam bardziej jako pieczeń.
– Pieczeń?, nie jestem pewien czy jestem zdrowy.
– Zawsze tak mówicie – zaśmiał się Rigamontti – już ty się nie martw, mamy dobrych kucharzy.
– Powiedzcie czego potrzebujecie, a to zrobię – nie tracił nadziei Fink.
– Rozejrzyj się człowieku! Jesteśmy nowym gatunkiem zwierząt. Nie wiele nam trzeba.
Rozmowa wabiła coraz więcej mieszkańców wyspy.
– Jemy, jemy! – krzyknął ktoś za plecami Mortimera – mięsko z oceanu.
– Spokojnie! Jeszcze moment! – krzyknął Rigamontti, który teraz nożem zapewniał sobie respekt – czy wy o czymś nie zapomnieliście? – spojrzał po zebranych – No! Chcecie go zjeść? Proszę bardzo! Już go przyrządzam! – siwobrody podbiegł do Finka i przystawił mu nóż do gardła, nacinając skórę.
– Tylko jedna rzecz! – wciąż wrzeszczał na zebranych – za tydzień musimy przygotować kolejną dostawę. Ktoś się zgłasza? Pytam! Ktoś się zdecydował? – Rigamontti puścił głowę Finka i błyskawicznym ruchem dźgnął nożem najbliżej stojącego człowieka. Ten trzymając się za brzuch, upadł na kolana.
– Jak się nazywasz? – już spokojnie zapytał, wycierając nóż o spodnie.
– Mortimer Fink.
– U nas płaci się tylko w jeden sposób.
Na Anhedonii nie hodowano roślin ani zwierząt. Zdarzało się, że wyspiarze wybierali głód zamiast pracy w morzu. Alkohol i dobre narkotyki skutecznie pomagały przetrwać ciężkie czasy. Jednak wyspa posiadała wyjątkowy towar. Można tu było kupić człowieka zdolnego wykonać każde zadanie. W ofercie największym powodzeniem cieszyli się samobójcy. Ci, którzy po pracy już nie wracali. Za zlecenia płacono żywnością i używkami. Można też było płacić kobietami, które nie mogły tu narzekać na brak zainteresowania. W czasach kryzysu stawały się naprawdę smacznym wynagrodzeniem.

3 KOMENTARZE

  1. Fajny artykuł, po przeczytaniu nagłówku o wyspie i załączonego zdjęcia skojarzył mi się z nowym Tomb Raider, ale zaraz anhedonia to przecież jest stan chorobowy towarzyszący depresji…
    pozdrawiam

  2. Masz fajne zdolności do pisania opowiadań. W tka krótkim tekście tak interesująca napisać to jest sztuka. Stephen King powinien się uczyć od Ciebie, bo ten to pisze książki nudne po tysiąc stron

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

CommentLuv badge